Impreza sylwestrowa na stoku odwołana! Zostaje Rynek.

Niestety nie odbędzie się impreza sylwestrowa na stoku narciarskim. Z powodu niedostatecznych warunków pogodowych miasto dowołało w ostatniej chwili zabawę.

Jak poinformowała rzecznik miasta Agata Czereba, pracownicy POSiR-u w ostatnich dniach robili wszystko by naśnieżyć stok. Jak jednak widać za oknami, Sylwester zapowiada się raczej wiosennie aniżeli śnieżnie. Stąd wymuszona zmiana planów.  

W ciągu kilku ostatnich dni pracownicy Przemyskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji robili wszystko, by naśnieżyć stok na Zniesieniu. Wielogodzinne starania nie przyniosły pożądanego efektu. Pogoda wygrała i nie udało się wystarczająco przygotować tras narciarskich na sylwestrową jazdę-napisała w komunikacie A. Czereba.

O 21.30 rozpocznie się natomiast tradycyjna impreza sylwestrowa Rynku. Na scenie wystąpi m.in. zespół Łzy.


Współpraca polsko-ukraińska. Mikołaj pojechał do Nowego Miasta. FILM

https://www.youtube.com/watch?v=_EVtjZxkRik&feature=youtu.be

materiał bk, jb


Sylwester 2019

Już jutro noc Sylwestrowa. Co będzie się działo w tzw. plenerze?

W tym roku już od rana na stoku narciarskim będzie można szusować w rytm sylwestrowej muzyki, zjeść kiełbaski z ogniska, wziąć udział w konkursach z nagrodami.

O 21:30 rozpocznie się impreza na Rynku. W programie koncert zespołu Mus a jako gwiazda wieczoru wystąpią Łzy. O północy życzenia noworoczne złoży mieszkańcom Prezydent i zobaczymy pokaz iluminacji pirotechnicznej.

 


Czaszki na poczcie

W oddziale celnym na poczcie w Przemyślu uwagę celników zwróciła paczka nadana z Rosji opisana jako zawierająca 3 czaszki niedźwiedzia.

Ponieważ produkty z niedźwiedzia brunatnego podlegają ochronie na mocy Konwencji Waszyngtońskiej, funkcjonariusze zatrzymali przesyłkę. Nie spełniała ona bowiem koniecznego warunku, jakim było posiadanie odpowiedniego zezwolenia na na przywóz części zwierząt objętych Konwencją. Paczka z Rosji trafić miała do mieszkańca województwa małopolskiego. Wartość trzech czaszek wynosiła 120 euro.

Polskie prawo nakazuje by przewóz okazów flory i fauny zagrożonej wyginięciem odbywał się na podstawie specjalnego zezwolenia (CITES) . Złamanie tego obowiązku naraża na poważne kary-m.in. pozbawienie wolności, grzywna czy przepadek mienia.

Od początku 2019 roku celnicy z Oddziału Celnego w Przemyślu skontrolowali ponad 24 tysiące paczek. Funkcjonariusze nie tylko dbają o ściągalność należnych ceł, ale sprawdzają paczki pod kątem zagrożeń środowiska, praw własności intelektualnej czy właściwości epidemiologicznej przesyłek.

 

zdj.KAS


Przemyślanie za granicą - inżynier z Jaguara

Korespondencja z Wielkiej Brytanii cz. III

Jak wielu Polaków - także mieszkańcy Przemyśla licznie wyjeżdżali za granicę, w poszukiwaniu swojej życiowej szansy, kiedy staliśmy się częścią wielkiego, europejskiego organizmu. Większość pracuje w gastronomii, w sektorze usług, trochę w służbie zdrowia, w przemyśle i komunikacji. Czasem w biurach, bankach czy ubezpieczeniach. Jednym z tych, którzy dzięki wykształceniu i determinacji zdobyli i ugruntowali swoją pozycję zawodową, jest Tomek - zdolny inżynier, absolwent Politechniki Wrocławskiej.

Opowiedz, kiedy i dlaczego znalazłeś się w Wielkiej Brytanii.
Przyjechałem tu po ukończeniu studiów - w grudniu roku 2007. Bardzo chciałem znaleźć pracę w swoim zawodzie. Byłem absolwentem Telekomunikacji na Wydziale Elektroniki Politechniki Wrocławskiej. Sytuacja w naszym kraju wyglądała wtedy nieciekawie i raczej nie spodziewałem, że znajdę satysfakcjonującą pracę w mojej dziedzinie. Poza tym, w UK byli już moi rodzice i siostra.

Ale Zjednoczone Królestwo chyba też nie czekało z otwartymi ramionami na początkującego inżyniera z Polski?
Miałem tę świadomość. Na szczęście podczas studiów nauczyłem się gotować i doskonaliłem angielski. Wiedziałem, że początki nie będą łatwe i że będę musiał jakoś przetrwać, zanim dopnę zamierzonego celu.

Chyba jednak nie zaczynałeś od przysłowiowego zmywaka, jak większość przyjezdnych?
No, nie... Ale przez pół roku byłem kucharzem. Pracowałem, żeby doszlifować język i odłożyć pieniądze, by potem móc skupić się na poszukiwaniu wymarzonej pracy.

I udało się?
Tak. Tę pracę znalazłem w agencji pośrednictwa. A miejsce – to „Jaguar Land Rover” w Coventry, gdzie pracuję do dziś. Tu właśnie przydało się moje wykształcenie i nawet wiedza, która była mi potrzebna do pracy magisterskiej…bo pracę pisałem z dziedziny „automotive”, czyli szeroko pojętej branży samochodowej.

Czym się zajmujesz zawodowo?
Moje pierwsze stanowisko to było Navigation Test Engineer, a praca polegała na testowaniu nawigacji pokładowej samochodów: Jaguarów i Land Roverów. Jeździłem wówczas tymi samochodami i testowałem je w praktyce. Jaguarem XJ przejechałem nawet kilka stanów w USA, mniej więcej od Nowego Jorku po Florydę...

To była praca czy raczej przygoda?
Na początku, jako świeżo upieczony inżynier, traktowałem tę pracę jako rodzaj przygody… Ale potem przyszła rutyna. Przybywało nowych zadań i obowiązków. Rozwijałem się zawodowo, a to co robiłem wcześniej, przekazywałem innym kolegom. Moje obecne stanowisko to Navigation Systems Engineer. Powierzono mi odpowiedzialność za integrację w coraz to nowszych generacjach pokładowego systemu nawigacji.

Czy Jaguary i Land Rovery to w UK prestiżowe pojazdy?
Tak. Firma produkuje samochody Premium – jest to klasa średnia wyższa. Jaguarem porusza się np. premier Wielkiej Brytanii czy członkowie rodziny królewskiej. Rocznie schodzi z taśmy ok. 600 tys. tych pojazdów. Kiedy zaczynałem pracę, pojawiał się jeden model w ciągu roku. Obecnie jest ich kilka rocznie i ciągle wzbudzają zainteresowanie.


Zanim samochód wejdzie do produkcji, musi być przetestowany na publicznych drogach. Aby konkurencja nie podglądała szczegółów nowego modelu, taki egzemplarz jest oklejony, dla kamuflażu, folią w szaro-białą mozaikę. Kiedyś z kolegą jechaliśmy takim modelem autostradą - samochody zrównywały się z nami, a ich pasażerowie robili zdjęcia…

Można rzec, że odniosłeś sukces zawodowy. A jednak tęsknisz za Przemyślem…
To co teraz powiem, to pewnie banał. Ale sentyment do Przemyśla nie gaśnie we mnie. To najbardziej malownicze miasto, jakie znam. Z otaczającymi wzgórzami i przepływającym środkiem Sanem... Na razie moje życie zawodowe i rodzinne toczy się tutaj… Ale, nigdy nie mów nigdy…

sa

 

Zdjęcia - canva.com 


Pomysł na spacer - czarny szlak odnowiony

Związek Gmin Fortecznych Twierdzy Przemyśl, przy współpracy z Polskim Towarzystwem Turystyczno – Krajoznawczym Oddział im dr. Mieczysława Orłowicza w Przemyślu, zakończył w grudniu realizację projektu "Modernizacja czarnego szlaku turystycznego na obszarze pomnika historii Twierdza Przemyśl".

Odnowiony został cały czarny szlak forteczny liczący ponad 54 km. Dodatkowo pomiędzy Nehrybką a Pikulicami poprowadzono nowy odcinek tego szlaku, którym na fort IV Optyń można dojść przedłużonym szlakiem od zabytkowego słupa telegraficznego w Pikulicach.

Uprawnieni znakarzy odnowili oznakowania i uzupełnili drogowskazy kierunkowe w miejscach, które tego wymagały.

Czarny szlak forteczny składa się z dwóch odcinków - północnego i południowego. Jego charakterystyczną cechą jest to, że ze względu na brak przepraw przez San oba odcinki nie łączą się ze sobą.

ODCINEK POŁUDNIOWY CZARNEGO SZLAKU FORTECZNEGO zaczyna się na skrzyżowaniu drogi krajowej 28 z drogą powiatową do Siedlisk (Hurko – Łapajówka) i prowadzi przez należące do Płaskowyżu Sańsko – Dniestrzańskiego Płaskowyż Mościski i Bramę Przemyską przez Pogórze Przemyskie do przystanku w Górnej Dybawce.

ODCINEK PÓŁNOCNY CZARNEGO SZLAKU FORTECZNEGO rozciąga się na długości około 19 kilometrów - prowadzi przez Pogórze Dynowskie i Kotlinę Sandomierską (dokładniej przez taki jej części jak Podgórze Rzeszowskie i Dolinę Dolnego Sanu).

 

Zdjęcia, informacje - PTTK Przemyśl


Jak świętują inni - Boże Narodzenie światłem malowane

Korespondencja z Wielkiej Brytanii cz. II 

Polacy zwykli mawiać z dumą, że tak pięknych Świąt Bożego Narodzenia i tak magicznej atmosfery jak u nas próżno szukać gdzie indziej. Pewnie coś w tym jest. Ale i inni mają swoje przedświąteczne i świąteczne rytuały, które czynią ten czas wyjątkowym.

W angielskim Lichfield, mieście liczącym około 33 tys. mieszkańców, jest anglikańska katedra – Cathedral Church of the Blessed Virgin Mary and St Chad. To imponujące dzieło gotyckiej architektury tworzono przez bez mała sto pięćdziesiąt lat. Budowę rozpoczęto w roku 1195, a ukończono w 1340. Katedra mierzy 113 m długości, szerokość transeptu to 50 m, a naw 21 m. Środkowa nawa ma ok. 77 m wysokości.

W okresie poprzedzającym Boże Narodzenie odbywa się tu wspaniałe widowisko światło-dźwięk. Fasada starej gotyckiej katedry pokrywa się obrazami utkanymi ze światła laserowego. W ten łączący tradycję z nowoczesnością sposób opowiada się tu historię Bożego Narodzenia - od Zwiastowania po narodziny Dzieciątka w betlejemskiej stajence. A towarzyszy temu piękna muzyka, która daje poczucie zatopienia się w czymś niezwykle podniosłym.

Jak w kalejdoskopie zmieniają się barwne laserowe kompozycje. Pośród gwiazd i bogatych ornamentów, pojawia się anioł zwiastujący narodziny Zbawiciela. Następnie światła tworzą wizerunek Chrystusa i innych postaci biblijnych. Jest wreszcie stajenka betlejemska i podążający do niej Trzej Królowie. Pokaz wieńczy obraz Maryi - patronki katedry. To niezwykłe widowisko trwa prawie kwadrans. Następnie widzowie przechodzą do wnętrza katedry, które wygląda jak wielki witraż, bo i tu, na surowych zwykle gotyckich murach, rozgościło się światło.

W nawach bocznych ustawiono szpalery choinek, udekorowanych przez instytucje, szkoły, przedszkola i organizacje charytatywne. Pod każdym drzewkiem stoją kartony na datki, a dekoracje zachęcają do okazania hojności. Obok stajenki, w której jest żłobek, ale nie ma jeszcze Dzieciątka – wszak dopiero się narodzi – siedzi pani kapłan i uroczystym głosem czyta Ewangelię.

Pokaz świateł robi wrażenie. Odbywa się co roku, a organizatorzy każdorazowo starają się nieco go zmodyfikować i wzbogacić, by zadowolić widzów, którzy odwiedzają Lichfield w okolicy Bożego Narodzenia. Seanse odbywają się co 15 minut, by można było podziwiać światła, nie tłocząc się przed katedrą. W tym roku, dla oczekujących na właściwy pokaz, zorganizowano na sąsiednim budynku laserową iluminację. Na jego fasadzie rozbłyskały gwiazdy, tańczyły płatki śniegu, wirowały dziecięce zabawki – kolorowe bączki, pomykał św. Mikołaj w swoim reniferowym zaprzęgu i działo się wiele innych, niezwykłych rzeczy.

 

sa


Bawili się. Rzucali kamieniami i petardami w pociągi.

 

21 grudnia czterech chłopców w wieku od 12 do 14 lat oraz dwie dziewczyny w wieku 13 i 14 lat obrzuciło w Przemyślu pociągi kamieniami oraz petardami. Celem były składy relacji Przemyśl-Rzeszów i Bydgoszcz-Przemyśl.

Do zdarzenia doszło w okolicach Kamiennego Mostu około godziny 15. Szybko zareagowała Straż Ochrony Kolei w Przemyślu, której funkcjonariusze zatrzymali sprawców do wylegitymowania. Szczęśliwie nikt z pasażerów pociągów nie odniósł obrażeń.

Nieletnich przekazano policji. Sprawcami zajmie się sąd dla nieletnich, który weźmie pod uwagę szkody materialne i ustali kto ze sprawców rzucał petardami, a kto kamieniami. Przemyscy kolejarze traktują sprawę poważnie uważając, że mogło dojść do tragedii.

 

 


Korespondencja z Wielkiej Brytanii - renifery Banksy’ego za szybą

Korespondencja z Wielkiej Brytanii cz. I

Słynny mural przedstawiający renifery z zaprzęgu św. Mikołaja przypięte do ławki, na której śpi bezdomny, został osłonięty szybą, gdyż obok nabazgrano wulgarne napisy. Mural autorstwa znanego street paintera – Banksy’ego - pojawił się w angielskim Birmingham 9 grudnia br., w pełnej sklepów jubilerskich dzielnicy Jewellery Quarter.

Miał on zwrócić uwagę na zjawisko bezdomności. Z pewnością w jakimiś stopniu twórcze zamierzenie autora spełniło się. Dzieło zyskało światowy rozgłos, ludzie przychodzą, by mu się przyjrzeć i sfotografować. Nie jest to teraz proste, gdyż zaparowana szyba zaciera ostrość obrazu. Jak widać, rysunkiem na murze zainteresowali się i ludzie wrażliwi i wandale, a także władze miejskie, które zabezpieczyły go przed zniszczeniem, dodając do szyby jeszcze ochronne barierki.

Co tymczasem z bezdomnymi? Na ławce pod muralem nikt akurat nie śpi. Ale nie opodal, przed wejściem do jednego ze sklepów, znajduje się legowisko i torba wypełniona dobytkiem jakiegoś nieszczęśnika, który skończył na ulicy. A ogarnięci przedświąteczną gorączką ludzie, którym się w życiu powiodło, biegają w poszukiwaniu prezentów. Nie patrzą raczej pod nogi, lecz na witryny sklepów jubilerskich, które lśnią i kuszą błyskotkami.
Rzecz, oczywiście, nie wygląda tak, że chodząc ulicami potykamy się o bezdomnych. Niemniej życie jednych hołubi, a innych wyrzuca na margines, bez względu na to czy sami są sobie winni, czy taki los…

Mieszkający w Birmingham przemyślanie opowiedzieli mi o Mikey’u - bezdomnym, o którym pisała lokalna prasa. Mikey jest 25-letnim Amerykaninem polskiego pochodzenia. Przyjechał tu w poszukiwaniu pracy, ale coś nie wypaliło i wybrał żebraczy żywot na ulicy. Ludzie pomagają mu szczodrze, prasa opisała jego radość, gdy dostał nowe buty, zakupione ze spontanicznej społecznej zrzutki. Moi rozmówcy nie popierają jednak sposobu życia tego młodego człowieka. 

My przyjechaliśmy tutaj właściwie „w ciemno”. Zahaczyliśmy się u znajomych, lecz pracy musieliśmy szukać sami. Bez wsparcia i dobrej znajomości języka, musieliśmy sobie radzić. Jak z jedną pracą nie wyszło, szło się do następnej… Nikomu nie przyszło do głowy, by żebrać. A on przecież jest Amerykaninem, więc świetnie zna język i gdyby naprawdę chciał, to by pracował… Jednocześnie pochwalają postawę wielu Brytyjczyków, którzy nie gardzą bezdomnymi, lecz przynajmniej do nich zagadają i przed sklepem podzielą się jedzeniem.

Pamiętam też dość surrealistyczną scenę sprzed roku. W przejściu podziemnym pod jedną z większych ulic Birmingham, w białej pościeli ( może nie śnieżno- lecz nie brudnej) spała para bezdomnych - przyzwoicie, w ubraniach. U wezgłowia i w nogach ich materaca piętrzyły się wielkie, wypełnione dobytkiem walizy, nawet niezbyt sfatygowane… Spali tak mocno, że od czasu do czasu jakiś litościwy przechodzień zatrzymywał się, aby sprawdzić, czy tli się w nich życie, sprawiali bowiem wrażenie, jakby zapadli w sen wieczny. Po upewnieniu się, że oddychają, szedł swoją drogą. Koczowali tak ładnych parę tygodni. Właściciel okolicznej siłowni (człowiek o polsko brzmiącym nazwisku) pozwalał im się wykąpać i pomagał, jak mógł. W końcu sprawą zainteresowała się lokalna prasa, potem policja i pewnie jakieś stosowne służby… Nie znam finału.

Innym znowu razem, w jakiś chłodny i ponury dzień, mijałam człowieka, który siedział na stopniu przed bramą kamienicy. Na sobie miał lichą kurteczkę i takież spodnie. Pod sobą kilka kawałków brudnej tektury, obok trochę śmieci. Był szary i nijaki, jak ta boczna uliczka wielkiego miasta. Trząsł się z zimna. Nie zaczepiał, o nic nie prosił. Patrzył przed siebie pustym wzrokiem i chyba już niczego od losu nie oczekiwał…
Tymczasem przy głównych arteriach toczyło się życie. Ludzie biegali zajęci własnymi sprawami i pogonią za dobrami doczesnymi, którymi kuszą sklepy i centra handlowe.

PS
Problem ludzi wykluczonych w UK musi być niemały, skoro w reklamach społecznych, od których przed świętami roi się w telewizji, zachęca się widzów, by wpłacali datki: na skrzywdzone zwierzęta – po 2 funty miesięcznie, na pomoc medyczną dla dzieci w biednych krajach – po 3 funty, a na bezdomnych i innych wykluczonych społecznie w UK - aż po 19 funtów!

sa