Jeździmy źle i kochamy Audi. Przemyślanie w rankingu miast

Według zestawienia przygotowanego przez firmę Rankomat , Przemyśl plasuje się na końcu klasyfikacji miast powyżej 50 tys. mieszkańców jeśli chodzi o bezszkodową jazdę. Nasze miasto zajęło 68. Pozycję w rankingu 84 miast.

Na pocieszenie można podać  fakt, że od mieszkańców Przemyśla gorzej jeżdżą kierowcy z dużych miast m.in. Warszawy, Poznania, Krakowa czy Radomia. Jednak już kierowcy z Rzeszowa czy Stalowej Woli powodują mniej wypadków i kolizji-te miasta  zajęły lepsze pozycje w rankingu bezszkodowej jazdy. Jednak najlepszymi kierowcami w Polsce są mieszkańcy  położonego na Śląsku Raciborza.

Ulubionych samochodem przemyślan jest Audi. Auto A4 tej marki jest  najczęściej ubezpieczanym modelem w naszym mieście.  Według Rankomatu ubezpieczenia w Przemyślu są tanie- średnio przemyślanin płaci za swoja polisę 568 złotych. Jak zatem się dzieje, że pomimo wysokiego odsetka zgłaszanych szkód, ubezpieczenia w Przemyślu są tanie?

Wyjaśnia to Tomasz Kroplewski z firmy Rankomat-  Mimo dość dużej liczby deklarowanych szkód, kierowcy z tego miasta płacili niską składkę za OC – 568 zł. Dla porównania średnia cena OC wyliczona dla kraju wyniosła 689 zł. Niskie stawki dla przemyślan mogą wynikać m.in. z ich długiego stażu za kierownicą lub posiadania samochodów o niskiej pojemności silnika.

Tak więc zagadkę niskich cen w Przemyślu wyjaśniać może zaawansowany wiek kierowców i duża ilość tanich, małolitrażowych aut.

 

zdj. Wikipedia


Przemyski szpital przyjmie chorych na koronawirusa. FILM

Zgodnie z zarządzeniem ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, szpital w Przemyślu będzie jedną z jednostek na Podkarpaciu, do której trafią ewentualni chorzy z podejrzeniem lub ze zdiagnozowanym wirusem 2019NCoV.

Trzy rzeczy powinny skłonić każdego, kto się gorzej czuje, do udania się do szpitala i zgłoszenia swoich podejrzeń. Chodzi o fakt kontaktu z osobą, która w ostatnim czasie była w Chinach, wysoką temperaturę i duszności. Takie okoliczności i objawy mogą świadczyć o zarażeniu koronawirusem.

Natychmiastowe zgłoszenie się do lekarza może uratować życie, ale także zapobiec rozprzestrzenieniu się choroby. Absolutnie nie należy bagatelizować objawów, bo koronawirus 2019 nCoV jest wirusem bardzo zaraźliwym, a wskaźnik zaraźliwości w dotychczas poznanych przypadkach może sugerować, że koronawirus może spowodować światową epidemię. Na pewno wiadomo, że koronawirus przenosi się z chorego na chorego doga kropelkową, a okres inkubacji wynosi średnio 5-6 dni.

Pojawiły się jednak informacje, że wirus może utrzymywać się do kilku dni na przedmiotach, które zainfekował zarażony, i że właśnie poprzez kontakt z takim przedmiotem też można się zarazić.

Czytaj o problemie. Czy paczki z Chin są monitorowane w Przemyślu?

Zdaniem wielu obserwatorów, pierwotnym siedliskiem wirusa był targ spożywczy w Wuhan, stąd też informacje, że koronawirus może mieć pochodzenie odzwierzęce i przedostał się na człowieka od nietoperzy lub węży. Poniżej filmik z targu w Wuhan (uwaga-drastyczne sceny).

https://www.youtube.com/watch?v=9EPz8PSue2o

Choroba jest szczególnie groźna dla osób starszych, dzieci i osób ze zmniejszoną odpornością. Według czasopisma medycznego Lancet cytowanego przez portal bogaty.man, czynnik zaraźliwości wirusem jest wyjątkowo wysoki- na 100 osób narażonych na zakażenie, aż 83 zostanie zarażone. Dlatego władze Chin podjęły radykalną walkę z epidemią, izolując wielomilionowe miasta i zamykając transport wewnątrz kraju. Ciała zmarłych w chińskich szpitalach nie są wydawane rodzinom, a natychmiast spalane w krematoriach. Poniżej film z opustoszałego Wuhan.

https://www.youtube.com/watch?v=VA9G1VCnOFY

Wśród działań, które mogą zapobiec zarażeniu się wirusami wymieniane jest unikanie dużych skupisk ludzkich i częste mycie rąk ciepłą wodą z mydłem. Zdaniem ministra Łukasza Szumowskiego, ,,prędzej czy później" w Polsce pojawi się koronawirus.

 

 

 

na podst. bmen biw

zdj.ilustracyjne


Bitwa o MZK. Opozycja: jest źle. Prezydent: winni poprzednicy

Wczoraj (03.02) odbyła się sesja nadzwyczajna poświęcona sytuacji w Miejskim Zakładzie Komunikacji. Zgodnie z oczekiwaniami spotkanie przerodziło się bitwę słowną pomiędzy opozycją (PiS, SLD, Regia Civitas) a obozem prezydenta, i zgodnie z oczekiwaniami każda ze stron usiłowała wykazać, że za złą sytuację zakładu odpowiada, albo były prezydent R. Choma (koalicja), albo aktualny prezydent W. Bakun (opozycja).

Spotkanie rozpoczęło wystąpienie prezesa MZK  Leszka Radonia, który przedstawił niezbyt różową sytuację firmy. Ponad 2 miliony złotych przeterminowanych zobowiązań, 500 tysięcy złotych zadłużenia wobec innych spółek miejskich i 700 tys. kredytu przy dwumilionowej stracie w 2018 roku –takie informacje padły z ust prezesa Radonia.

Późniejsza dyskusję zaczęło odczytanie przez Macieja Kamińskiego (PiS) projektu rezolucji o zaniepokojeniu radnych sytuacją miejskiego przewoźnika. Wg Kamińskiego spółce nie tylko grozi upadłość, ale pojawia się zagrożenie utraty przez Przemyśl 20 milionów złotych dotacji z Regionalnego Programu Operacyjnego za zerwanie ciągłości projektu, do którego dojdzie, jeśli MZK upadnie.

Natychmiast po słowach Kamińskiego pojawił się zgłoszony przez radnego koalicji M. Majkowskiego kontrprojekt, którego przyjęcie oznaczałoby diametralną zmianę wymowy politycznej rezolucji. Poprawka Majkowskiego zakładała bowiem wsparcie W. Bakuna i pozytywne uznanie jego starań w wyprowadzaniu MZK na prostą. Na to nie mogła się zgodzić opozycja, która z oczywistych powodów dążyła do tego, by udowodnić, że to właśnie W. Bakun będzie odpowiedzialnym za możliwy upadek spółki przewozowej.

Podczas obrad koalicja wyświetliła film z czasów prezydentury R. Chomy o trudnej sytuacji MZK. Radny koalicyjnej PO, Wojciech Błachowicz (na zdj. po lewej) chwalił W. Bakuna i wskazywał, że nie ma porównania pomiędzy merytorycznym przygotowaniem obecnego prezydenta a Robertem Chomą. Błachowicz nadział się jednak na ,,szpilę” J. Zapotockiego (na zdj. po prawej) i M. Kamińskiego, którzy przypomnieli, że to właśnie za czasów R. Chomy Błachowicz był wiceprezydentem, a w ostatniej kampanii obiecywał darmowe przejazdy autobusami dla młodzieży.

Prezydent W. Bakun zapewnił, że nie pozwoli MZK upaść. Po czterogodzinnych obradach rezolucja ws. sytuacji w MZK została przyjęta z drobnymi poprawkami.


Jagiellońska bez wody. Awaria potrwa kilka godzin

Na niedogodności muszą się dziś przygotować mieszkańcy i użytkownicy lokali przy ulicy Jagiellońskiej w Przemyślu.  Doszło tam do do przerwy w dostawie wody, która potrwa do godzin popołudniowych. Bez wody pozostaną mieszkańcy Jagiellońskiej na odcinku od Kamiennego Mostu do Placu na Bramie.


Znany ekspert o upadku PBS-u. ,,Trzymanie pieniędzy w bankach-krzakach"

Popularny ekspert i doradca inwestycyjny Cezary Graf odniósł się na swoim kanale YT do upadku Podkarpackiego Banku Spółdzielczego. Zdaniem Grafa trzymanie pieniędzy, a zwłaszcza dużych depozytów w ,,bankach-krzakach" jest co najmniej nieroztropne.  Graf przekonuje, że w przypadku dekoniunktury lub poważniejszego kryzysu finansowego to przede wszystkim małe banki padną ,,ofiarą" przymusowych restrukturyzacji. Więcej w filmie poniżej.

W wyniku upadku PBS-u środki na kontach straciły podkarpackie samorządy, szpitale i firmy prywatne. 

 

https://www.youtube.com/watch?v=Sw45kpV6aJ8


Sytuacja na granicy polsko-ukraińskiej - FILM

Podsumowanie po dyskusji o sytuacji przejść granicznych, która odbyła się w Państwowej Wyższej Szkole Wschodnioeuropejskiej w Przemyślu - zobacz materiał filmowy. 

https://www.youtube.com/watch?v=p0EOYRdcMRU&feature=emb_title

bk, jb 

Dr Iryna Suszko z ukraińskiej Organizacji Obywatelskiej „Europa bez Granic” nie znalazła, niestety, czasu na wypowiedź do kamery. Wobec tego przedstawiamy poniżej pisemną relację z jej wystąpienia:

Notatki z wypowiedzi dr Iryny Suszko:

Od 2017 roku, kiedy to obywatele Ukrainy zostali zwolnieni z obowiązku posiadania wizy na wjazd do krajów Unii Europejskiej, Ukraińcy stali się dużo bardziej mobilni. Z możliwości bezwizowej podróży do zjednoczonej Europy skorzystało 4 miliony obywateli Ukrainy. Polska jest dla Ukraińców najbardziej ulubionym kierunkiem podróży. Dodatkowe korzyści dla Ukrainy z tego zbliżenia do Europy to konieczność wprowadzania nowych dokumentów identyfikacyjnych, nowych organów antykorupcyjnych, a także zintegrowanej koncepcji zarządzania granicą.

W 2018 roku granicę polsko-ukraińską przekroczyło 22 miliony obywateli różnych państw. Jeśli chodzi o Ukraińców przekraczających granicę ukraińsko-polską, to głównie są to mieszkańcy terenów przygranicznych, dla których granica stanowi ważne źródło dochodu, często ratujące rodzinny budżet. Chodzi tu nie tylko o tzw. „mrówki”, ale także o różne mini-biznesy.

Negatywne zjawiska na przejściach granicznych to przemyt i korupcja. Ukraina przygotowuje się do zwiększenia swojej odpowiedzialności za ograniczenie przemytu. Problemem jest to, aby mieszkańcy terenów przygranicznych nie odczuli tego, jako akcja przeciwko nim. W istocie przemyt dotyczy wielkich partii określonych rodzajów towaru.

Co do korupcji, to z badania opinii obywateli ukraińskich przekraczających granicę wynika, że jest to zjawisko obecne tak po ukraińskiej, jak i po polskiej stronie. Respondenci przyznają jednak, że po stronie ukraińskiej korupcja jest większa (60% respondentów wiedziało o korupcji po stronie ukraińskiej, a 24% słyszało o tym zjawisku po stronie polskiej). Respondenci ponadto uważają, że polskie służby graniczne stosują dyskryminację wobec Ukraińców, ale jednocześnie przyznają, że Ukraińcy swoim zachowaniem na granicy powodują tego typu reakcje polskich służb.

Sposobem walki z korupcją może być „inteligentna granica”, czyli zainwestowanie w skanery, w elektroniczną kontrolę terenu przejścia granicznego. Wspólna odprawa ukraińskich i polskich służb granicznych też mogłaby efektywnie zmniejszyć zjawisko korupcji. Pomocnym mogłyby być także punkty na granicy, w których przyjmowano by skargi obywateli na żądania łapówek przez konkretnych funkcjonariuszy. Najlepszą receptą na ograniczenie korupcji na granicy byłoby właśnie zainteresowanie społeczeństwa obywatelskiego na to, co dzieje się na granicy, oraz proponowanie koniecznych zmian.

Aktualnie w Ukrainie trwają prace nad zintegrowaną koncepcją zarządzania granicą. Rozpoczęta jest głęboka reforma służb celnych i formacji pograniczników. Na stanowiska w tych dwóch służbach organizowane są już konkursy. Otrzymane przez Ukrainę kredyty unijne pomogą usprawnić ukraińskie przejścia graniczne w Szeginiach, Krakowcu i Rawie Ruskiej, poprzez zakupy elektronicznego sprzętu automatycznej kontroli, jak również poprzez remont dróg dojazdowych do przejść granicznych. Celem tych zabiegów jest upodobnienie ukraińskich służb granicznych do tych w krajach Unii Europejskiej.

(tekst – jb)


Kolejna „Siekierezada” na Linii 102 - FILM

Akcja wycinania drzew i krzaków wzdłuż torów Linii 102 -zobacz FILM. 

https://www.youtube.com/watch?time_continue=90&v=xzs7Z5qFx0Q&feature=emb_title

bk, jb


O służbie zdrowia przy „Okrągłym stole”

- Zastanówmy się wspólnie, jakie formuły mogą pomóc szpitalowi przemyskiemu tak, żebyśmy nie byli epatowani jego problemami, nagłówkami prasowymi i doniesieniami, że zdarzyło się to czy tamto... Szanujmy się, nie odnośmy się do osób, lecz do problemów i posługujmy argumentami – powiedział na wstępie inicjator przemyskiego „Okrągłego stołu”, poseł na Sejm RP Marek Rząsa. W czwartkowym spotkaniu uczestniczył przedstawiciel samorządu województwa Podkarpackiego w osobie wicemarszałka Stanisława Kruczka oraz starosta przemyski Jan Pączek, prezydent Miasta Przemyśla Wojciech Bakun, przewodnicząca RM Ewa Sawicka, p.o. dyrektora Wojewódzkiego Szpitala w Przemyślu Barbara Stawarz oraz przedstawiciele NFZ, samorządów, związków zawodowych i organizacji prozdrowotnych. Gościem był marszałek Senatu prof. Tomasz Grodzki.

Na pytanie skierowane do p.o. dyrektor szpitala Barbary Stawarz, jakie widzi rozwiązania naprawcze w podległej jej placówce, zaapelowała ona o jeszcze chwilę cierpliwości, mówiąc:

Jestem dyrektorem od trzech miesięcy – pozwólcie mi zarządzać jeszcze dwa... trzy miesiące i wtedy dopiero możemy rozmawiać o problemach i mówić, że coś jest nie tak… Bo teraz, ja przychodzę i „na dzień dobry” mam same przeszkody. Ciągle słyszę rozpowszechnianie na całą okolicę kłamstwa i pomówienia. Proszę Państwa - nie straszmy naszych pacjentów! Nie straszmy mieszkańców Przemyśla i okolic. Nie straszmy pracowników. Ja nikogo nie będę zwalniać, nie będzie zwolnień grupowych. Pracownicy - nie bójcie się o to! Nie rozumiem osób, które w jakiś dziwny sposób działają na niekorzyść tego szpitala. To jest dobry szpital, mamy dobrych specjalistów, mamy tu profesorów… Chcemy w najbliższym czasie zrobić oddział kliniczny. Są tu wykonywane bardzo dobre procedury, mamy bardzo dobry jakościowo sprzęt. I mamy wspaniałych pracowników. Ale są i tacy, którzy wymyślają różne niedorzeczności. Obawiam się, że osoby, które będą potrzebowały naszej pomocy, będą się bały tu przyjść! A przecież mamy pięknie rozwiniętą kardiologię inwazyjną i chirurgię naczyniową, chirurgię onkologiczną, ortopedię, która wykonuje procedury, jakich nie ma gdzie indziej na Podkarpaciu…

Dyrektor opowiedziała o, jak to nazwała, „perełkach szpitala” i pomyśle tworzenia nowych oddziałów. Zaapelowała: nie eskalujcie problemów, nie stwarzajcie problemów, których nie ma! Choć przyznała, że są oczywiście w tej chwili problemy finansowe, jak w całej Polsce.
- Skoro jest tak dobrze, to dlaczego tu jesteśmy? - padło pytanie z sali i rozległy się pomruki niezadowolenia.
Mówiono o „sypiącym się” bloku operacyjnym przemyskiego szpitala i o sprawie kluczowej – niedostatkach finansowych, mimo zapewnień ze strony władz samorządowych i NFZ o systematycznym, z roku na rok, zwiększaniu środków dla szpitala. Co wcale sytuacji nie poprawia, bo podobnie jak inne na Podkarpaciu, np. w Rzeszowie i Krośnie - tonie on w długach.

Odnosząc się do sprawy drastycznego zmniejszenia ilości łóżek szpitalnych, dyrektor stwierdziła, że dziś skuteczności leczenia nie mierzy się ilością łóżek, lecz ilością procedur medycznych . - Teraz procedury medyczne trwają krócej. Kiedyś pacjent po zabiegu przebywał w szpitalu 7 dni, dziś tylko 3, bo spadła ilość zakażeń wewnątrzszpitalnych i pacjent szybciej wraca do domu, a do zdrowia dochodzi korzystając z opieki ambulatoryjnej. Nie potrzebujemy aż tylu łóżek. Na niektórych oddziałach miałam 40-50 procent obłożenia. Jeśli zajdzie potrzeba, ilość łóżek można zawsze zwiększyć - zakończyła temat.

- Znam problemy podkarpackich szpitali, jestem lekarzem i mam tu mnóstwo przyjaciół, z którymi studiowałem - powiedział prof. Grodzki. - Rozumiem też doskonale problemy Pani Dyrektor, bo sam kierowałem przez 18 lat szpitalem, w polskich realiach, i go rozbudowywałem. - Proszę wybaczyć te słowa - zwrócił się do szefowej szpitala. - Na razie ma Pani autorytet formalny, bo jest Pani dyrektorem. Jeżeli Pani wypracuje autorytet rzeczywisty - a na to trzeba czasu - będzie Pani łatwiej zarządzać. I tu podzielił się doświadczeniami z zarządzania placówką w Szczecinie.

Zanim przejdziemy do spraw przemyskiego szpitala, muszę powiedzieć jedno: środki, jakie przeznacza nasza ojczyzna na ochronę zdrowia, stawiają nas w ogonie Europy. Jak spojrzymy na szkolnictwo, sądownictwo, wojsko – jesteśmy pośrodku tabel tych 28 krajów, jako kraj średniozamożny. Jeśli chodzi o ochronę zdrowia – jako drugi lub trzeci od końca. I tego żadna siła polityczna nie może akceptować. Bo mamy prawo być leczeni tak samo, jak w innych krajach Unii Europejskiej. Nie da się jednak naprawiać ochrony zdrowia bez tych, którzy tam pracują. I nie można się antagonizować, bo wtedy nic nie osiągniemy. Żeby coś naprawiać, trzeba najpierw zdiagnozować problem. Wiemy, że w tej chwili system w Polsce jest bliski zapaści; pacjenci niezadowoleni, pieniędzy mało, personel medyczny niezadowolony – stwierdził. - Taką sytuację mieli Duńczycy szesnaście lat temu. Okazało się, że jak podjęli ponadpartyjny, wspólny wysiłek, by naprawić ochronę zdrowia – pacjenci są dziś najbardziej zadowoleni na świecie, a personel całkowicie usatysfakcjonowany. Wiem skądinąd, że nie było to proste, ale się powiodło. I ja wierzę w takie porozumienie. Trzeba mówić o tym, czy zamykamy oddziały, czy przekształcamy je nowocześnie - bo ludzie nie chcą długo leżeć w szpitalu. Chcą być krótko, szybko i sprawnie załatwieni. Mamy natomiast ogromną potrzebę posiadania łóżek dla pacjentów z chorobami przewlekłymi, zakładów opiekuńczo-leczniczych, geriatrycznych, i tak dalej. To musimy robić, bo tutaj Polska jest „pustynią”...

Prof. Grodzki poruszył również problem bardzo kosztownych operacji, wykonywanych zagranicą i wycenianych w milionach złotych. Uznał to za naciągactwo, gdyż owszem, są one drogie, ale kosztują tylko setki tysięcy złotych i mogłyby być wykonywane w Polsce. Ale to temat odrębny.

Wracając na nasze podwórko – dyrektor przemyskiego szpitala zapewniła, że ma pomysły i wie co robić. - My w tym momencie procedujemy kredyt i jesteśmy na finiszu. Jestem przekonana, że do końca lutego wyjdziemy z różnego rodzaju zadłużeń i spłacimy zobowiązania. I wtedy będziemy mieć oddech, chwilę oddechu, żeby realizować dobre pomysły. Od 28 lat pracuję w służbie zdrowia i nie zrobię jednej rzeczy przeciwko pacjentowi – podsumowała. - A do pracowników mówię: dajcie mi działać! - niech każdy robi sumiennie to, co do niego należy.

sa

Zdjęcie - A. Sosnowska, Starostwo Powiatowe

 


Obchody Dnia Holokaustu - FILM

Obchody Dnia Holokaustu w Przemyślu - zobacz materiał filmowy.

https://www.youtube.com/watch?v=IhWX7W1NXcI&feature=emb_title

Film, zdjęcie - bk, jb 


„Rembrandt” z Krzywczy

Karol Palczak – to nazwisko staje się w polskim świecie sztuki coraz bardziej rozpoznawalne. Urodzony w 1987 roku, absolwent ASP w Krakowie (ukończył ją w roku 2015), zdobył Grand Prix w I Krakowskim Salonie Sztuki w roku 2018, a w listopadzie 2019 – Grand Prix w prestiżowej Bielskiej Jesieni. A zaczęło się w roku 2017 od krakowskiej Galerii ”Potencja”, gdzie po raz pierwszy został zauważony i doceniony. Nie interesuje go abstrakcja i sztuka konceptualna, lecz malarstwo figuratywne. Jest – jak mawia o sobie - „prostym chłopem’’ i natchnienie czerpie z natury. Stąd w jego twórczości tak charakterystyczne dla wiejskiego pejzażu dymy ognisk i spowite w nie postaci, zwierzęta gospodarskie, kolby kukurydzy czy portrety mieszkańców wsi przy ich codziennych zajęciach.

Co wyróżnia Pana twórczość na tyle, że został Pan dostrzeżony przez autorytety, takie jak choćby Piotr Rypson czy Anda Rottenberg, którzy zasiadali w jury Bielskiej Jesieni?

Trudno mi to samemu oceniać. Mogę jedynie powołać się na protokół Jury, gdzie padły określenia: autentyzm, sprawny warsztat, wyróżniająca technika i to, że opowiadam o wsi w sposób niedosłowny...

Na egzamin do krakowskiej ASP przytaszczył Pan namalowane na ciężkich dechach obrazy, zapakowane w parciane worki. Mówi Pan o sobie, że jest „prostym chłopem ze wsi”… A przecież skończył Pan elitarną uczelnię, do której w dodatku dostał się za pierwszym podejściem. Czy nie ma w tym odrobiny kokieterii?

Może i trochę jest… Nie żyję przecież z pracy na roli. Ale wykształcenie nie przekreśla tego, że wyrastam z tej ziemi i kocham naturę, wieś. Miasto męczy mnie i nudzi. Miasto jest dla ludzi, którzy mają pieniądze. Do Akademii dostałem się faktycznie za pierwszym podejściem – i to aż dwa razy, bo gdy zdawałem po raz pierwszy, nie miałem jeszcze matury. Musiałem ją zdać i dopiero wrócić. Bez egzaminu wstępnego oczywiście się nie obeszło.

Jak wygląda egzamin do Akademii?

Pierwszy etap to prezentacja własnych prac. Jeśli się go przejdzie, przystępuje się do malowania - martwa natura, akt. Etap trzeci to rozmowa kwalifikacyjna.

Czy miał Pan jakieś wcześniejsze przygotowanie plastyczne?

Byłem raczej samoukiem. Po ukończeniu Szkoły Podstawowej i Gimnazjum w Krzywczy, poszedłem do Liceum Plastycznego w Jarosławiu. Ale je porzuciłem… Bo ja chciałem malować, a nie uczyć się teorii. Żeby mieć na to więcej czasu, przeszedłem jeszcze przez „gastronomik” i technikum mechaniczne. Ale to ciągle nie było to... Maturę zdałem w końcu w Liceum w Dubiecku.

Pamięta Pan swoje najwcześniejsze „dzieła” z dzieciństwa?

Namalowałem kiedyś na konkurs kopię „Stworzenia Adama”. Próbowałem też skopiować „Bitwę pod Grunwaldem”. Uważam, że wyszło całkiem nieźle, ale jakoś nie zostało docenione. Z plastyki miałem w szkole dwóję…

Trochę to dziwne, bo już podczas studiów w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, nazywano Pana ( i to bez żadnej ironii) „Rembrandtem z Bieszczad”. My wiemy, że miejsce, z którego się Pan wywodzi, to jeszcze nie Bieszczady, więc pozostańmy przy „Rembrandcie z Krzywczy”… Przy tej okazji spytam o Pańskie fascynacje sztuką dawnych mistrzów, szczególnie holenderskich.

Odpowiem krótko – jak się uczyć, to od najlepszych! Zresztą mam to do dziś, że tylko na te najwybitniejsze dzieła mogę patrzyć z przyjemnością. W innych – zwłaszcza własnych obrazach – widzę głównie błędy. Dlatego unikam ich oglądania.

Proszę powiedzieć, jak czuł się Pan, jako człowiek z tzw. prowincji, w tym dość specyficznym krakowskim, artystycznym światku, w którego łaski często niełatwo się wkupić…

Byłem trochę odludkiem, żółtodziobem, z innego środowiska. Ale w akademiku miałem przyjaciół. Nikt nie traktował mnie źle. Wszyscy byliśmy równi. Malarstwo to ciężki kawałek chleba. Ludzie poświęcają wiele i często niewiele z tego mają… Bo rzeczywistość bywa brutalna - jeśli nie osiągnąłeś czegoś w młodości, to przepadłeś. Niekiedy czują się samotni i zagubieni. Jest jeszcze rzecz zupełnie prozaiczna – farby są toksyczne i źle wpływają na układ nerwowy. Jedyne na co można liczyć, to wsparcie przyjaciół. Tak w ogóle, to lubię środowisko artystyczne, choć bywa ono dziwne. Czasem pojawia się zazdrość, ale jest i pozytywna rywalizacja. W każdym razie dziś nie jestem outsiderem – mam przyjaciół i jestem wśród swoich. Odnosi się to zwłaszcza do środowiska skupionego wokół Galerii Potencja. Utrzymuję też kontakty z niektórymi profesorami z ASP.

Postanowił Pan jednak pozostać w Krzywczy i tu tworzyć. Czy stąd – z tej ziemi, z tego krajobrazu wyrasta Pana talent? Czy tu znajduje Pan natchnienie?

Najlepiej maluje mi się właśnie tutaj. Obraz, żeby był prawdziwy, musi być stąd. Nie lubię awangardy, jest dla mnie nudna, nie lubię tworzyć w mieście…

Czy bywa tak, że żal Panu rozstać się z jakimś obrazem?

Oczywiście, że tak. Niektórych nie sprzedam nigdy. Kilku żałuję do dziś…

Powiedział Pan, że dobra farba staje się światłem. Ale by dojść do tego światła, trzeba się nieźle natrudzić. W Akademii spotkał Pan wielu znakomitych Mistrzów, jak choćby profesorowie Janusz Matuszewski czy Bogumił Książek, ale jednak z techniki malarstwa, tworzenia farb, musiał się pan samodzielnie dokształcać, poszukiwać na własną rękę…

Tak, to prawda - farba staje się światłem. Ale to wymaga pracy i poszukiwań. Krajowej literatury na temat tworzenia farb jest niewiele. Robię je najczęściej sam, bo tylko w ten sposób mogę osiągnąć w malarstwie zamierzone efekty. Najlepsze są te pigmenty, które zawierają minerały, szczególnie kamienie szlachetne i półszlachetne – maleńki słoiczek pigmentu kosztuje ok. 300 złotych. Do tego różnego rodzaju oleje… Ciągle eksperymentuję. Lubię farby olejne, bo jest w nich potencjał. Przy ich pomocy najlepiej można wyrazić piękno.

Maluje Pan tylko na płótnie?

Nie, jest jeszcze blacha. Nie trzeba jej gruntować, wystarczy trochę przygotować i potrzeć sokiem wyciśniętym z czosnku. Tak przygotowana jest bardzo gładka i nie wchłania tak mocno farby, na blasze widoczny jest mój każdy najdrobniejszy gest. Kiedyś malowano na ocynkowanych blachach np. portrety trumienne, dlatego są takie trwałe. Te obrazy też mogą tyle przetrwać.

Czy przygotowuje Pan obecnie jakąś wystawę?

Tak... Muszę namalować przynajmniej 30 obrazów. Do maja pozostało niecałe 5 miesięcy, więc maluję codziennie przynajmniej po 10 godzin. To, wbrew pozorom, ciężka i wyczerpująca praca. Ale muszę temu podołać, skoro dostałem od losu szansę. Aby utrzymać kondycję i przewietrzyć się od toksycznych oparów, terpentyny czy np. rtęci zawartej w farbach, muszę się relaksować na świeżym powietrzu: rąbię drzewo, uprawiam sport, również boks. Własnoręcznie też adaptuję starą stodołę na pracownię. Bo moja obecna, niewielka, mieści się na poddaszu domu.

Dostał Pan jakieś propozycje od lokalnych, podkarpackich galerii?

Jak do tej pory, nie. Współpracuję głównie z galeriami w Krakowie i Warszawie. A sam planuję zrobić wystawę w Krzywczy. Ale nawet gdyby moje obrazy nie wzbudzały zainteresowania – choć przecież maluję dla ludzi i cieszę się, że je kupują – i tak bym malował. Bo to moja pasja. Moje życie.

sa

Obrazy umieszczono za zgodą autora.