Tańczący pod kulami

Czas II wojny światowej doświadczał podbite przez okupanta narody bardzo wieloma represjami, prześladowaniami, zsyłkami do obozów zagłady czy egzekucjami. Taka była codzienność w czasie niemieckiej okupacji terenów Polski.

W tym czasie ludzkie losy układały się najczęściej tragicznie. Obawa o własne życie, życie najbliższych czy ich bezpieczeństwo w okresie szalejącego terroru powodowały, że wielu nawet bardzo odważnych ludzi, patriotów, zaprzestawało czynnego oporu. Celowe łamanie praw człowieka usankcjonowane działaniami policyjno-wojskowymi doprowadzało do zatrważających sytuacji, które w czasie pokoju nigdy nie miałyby miejsca.
Niemiecka machina nastawiona na eksterminację obywateli polskich narodowości żydowskiej pędziła ku zagładzie całego semickiego narodu. Oficjalne dane wskazują, że w niemieckich obozach śmierci zostało zamordowanych ponad sześć milionów Żydów. Nie pominięto kobiet, starców i dzieci. Takie bestialstwo okupantów doprowadziło jednak do bardzo wielu aktów heroizmu ze strony polskich obywateli. Odważni, zdeterminowani Polacy podjęli działania mające na celu ratowanie niewinnych ludzi, ofiar zbrodniczej hitlerowskiej ideologii.

Polacy skazani na śmierć przez niemiecki sąd wojenny. Płońsk 1939. Fot. IPN

Nie inaczej było w przypadku bohatera mojej dzisiejszej opowieści. Człowiek uczciwy, mąż, ojciec, można powiedzieć zwyczajny mieszkaniec Przemyśla. Widząc dziejącą się nieprawość, postanowił działać. Udzielił schronienia biednej rodzinie żydowskiej. Doskonale wiedział czym ryzykuje. Za pomoc Żydom Niemcy wyznaczyli bardzo wysoką karę, karę śmierci… W późniejszym czasie wprowadzono odpowiedzialność zbiorową dla całych rodzin.

Niemcy w trakcie rewizji domu znaleźli Żydów, zabrano ich do getta. Dom został spalony. Na szczęście nie było w nim reszty rodziny. Nasz bohater został skazany na obóz zagłady. Zapakowany do transportu, wieziony bydlęcym wagonem, ściśnięty w tłumie podobnych nieszczęśliwców wyruszał w drogę, która miała się skończyć w jeden tylko sposób… Ciągnięty przez lokomotywę pociąg zostawiał za sobą znane krajobrazy pogórza. Atmosfera panująca w wagonie nie nastrajała optymistycznie. Jedni płakali, inni wznosili modły, jeszcze inni odchodzili prawie od zmysłów. Wczesne lato 1942 roku nagrzewało kryte papą wagony do temperatur tak wysokich, że wewnątrz panował potworny zaduch, a podróżującym towarzyszył nieznośny smród fekaliów. Potrzeby fizjologiczne były załatwiane w jedyny możliwy sposób – przez dziurę w podłodze po wyrwanej desce. Ktoś z bardziej operatywnych właśnie w tym otworze dojrzał możliwość ratunku. Kilku mężczyzn błyskawicznie zabrało się za powiększenie otworu do takiego rozmiaru, by zmieścił się w nim człowiek. Teraz należało tylko wybrać odpowiedni moment ucieczki. Idealnym okazał się wjazd składu na kolejowe rozjazdy. Pociąg znacznie zwolnił bieg i w tej właśnie chwili skazańcy pojedynczo przeciskali się przez otwór, by w końcu opuścić się pod pociąg
i ułożyć między torami. Uczyniło tak dwudziestu ośmiu mężczyzn, jeden za drugim kładli się na tory. Niestety żołnierze eskortujący transport byli przygotowani na taką ewentualność, na końcu składu Niemcy zainstalowali karabin maszynowy wraz z obsługą.

Przemyśl po czerwcu 1941 roku. Fot. NAC

Gdy pierwszy uciekinier tylko podniósł się z podkładów, padł rozkaz strzelania. Celne serie kładły zbiegów, odbierając szanse ucieczki, a w rezultacie i życie. Nasz bohater miał jednak więcej szczęścia, wyłonił się spod składu w momencie gdy żołnierze przeładowywali karabin. Ta właśnie chwila zbawiennej ciszy umożliwiła mu ucieczkę z torów prosto w łan pszenicy. Biegł bez wytchnienia pędzony świstem kul przelatujących obok jego głowy, upadał i znów podrywał do biegu po życie. Udało się, dobiegł do lasu, który skrył go przed strzelcami. Zza osłony drzew spojrzał jeszcze w kierunku torów za oddalającym się pociągiem, z łanów zboża wyłoniło się jeszcze sześciu ocalałych. Po chwili wytchnienia ruszył w drogę, by jak najprędzej oddalić się od miejsca, które zapewne chwilę później stało się rejonem obławy. Noc zastała go w lesie, bez jedzenia, bez schronienia i tylko strumienie dawały mu czasami możliwość ugaszenia pragnienia. Miał dużo szczęścia, nie został ranny i w zasadzie nie ucierpiał w trakcie ucieczki, więc nie pozwalając sobie na sen, ruszył czym prędzej w kierunku rodzinnego Przemyśla, w którym upatrywał możliwość ratunku. Szedł tak kilka dni, najczęściej pod osłoną nocy, by nie zostać zauważonym przez patrole. W tym czasie żywił się leśnym runem oraz owocami. W końcu jego oczom ukazały się znajome wzgórza. Doskonale znał okolice Przemyśla, wiedział którędy iść, by w sposób niezauważony dotrzeć do miasta.

Przemyśl 1941-1944. Fot. NAC

Z obawy o bezpieczeństwo najbliższych nie dawał znaku życia przez kilka miesięcy. Dopiero zima wygoniła go z piwnicy i zmusiła do szukania pomocy. Nie wiedział, co stało się z jego rodziną, a może wszyscy podzielili jego los lub nie daj Boże zostali zabici? Powoli i bardzo ostrożnie ruszył w kierunku dzielnicy Wilcze, lecz po przybyciu na miejsce jego oczom ukazały się tylko zgliszcza. Nie miał pojęcia gdzie szukać rodziny, przez głowę przelatywało mu tysiące tragicznych myśli. Postanowił jednak, że nie odpuści poszukiwań. Jego uwagę zwrócił dom, który od dawna stał pusty, a teraz świeciło się w nim światło. Obserwował ten dom bardzo uważnie, przez okno dojrzał poruszające się sylwetki. To była jego rodzina, cali i bezpieczni. Jakimś cudem Niemcy zaniechali w stosunku do nich represji. Pod osłoną nocy, niezauważenie przedostał się pod drzwi, pukał tak cicho jak tylko mógł i te wreszcie zostały otwarte. Rodzina po dłuższym okresie rozłąki, niepewności jutra, nie mogła uwierzyć w szczęście ponownego bycia razem. Niestety, kiedy opadły pierwsze emocje, gdy zbieg został nakarmiony i przebrany, nadszedł czas rozważenia sytuacji. Wszyscy zdawali sobie sprawę z ogromnego niebezpieczeństwa, z jakim wiąże się powrót skazańca. Rodzina uradziła, że należy go dobrze ukryć. Tylko jak to zrobić w tak niepewnych czasach. Na ulicach odbywały się łapanki, w domach przeprowadzano rewizje, zagrożeniem mogli być nawet bliscy sąsiedzi… Uznano, że najlepszym miejscem ukrycia zbiega będzie jednak dom, w którym zamieszkali. Budowla posiadała bardzo rozległe piwnice z mnóstwem zakamarków, labiryntem korytarzy, które odpowiednio przerobione mogły stworzyć całkiem skuteczną kryjówkę.

Dzielnica była raczej spokojna, a sam dom nie stał przy głównej drodze, co nie pozwalało ewentualnym intruzom na zaskoczenie domowników. Tak też się stało. W ten sposób uciekinier kolejny raz dostał się do niewoli, tym razem jednak w piwnicach nowego domu… Życie w takiej sytuacji jednak jest ogromnie trudne, nawet tak dla nas obecnie trywialna sprawa jak pożywienie mogła doprowadzić do wykrycia zbiega. Żywność w czasie wojny była reglamentowana, więc wyżywienie jeszcze jednego człowieka bez przydziału bloczków okazało się być bardzo trudne. Rodzina jednak organizowała jedzenie tak, by nikt nie mógł się zorientować, że mogą kogoś karmić. Córki zatrudniały się w szpitalnych stołówkach, gdzie wynoszone dla rodziny jedzenie nie wzbudzało niczyich podejrzeń, bo było codziennością. Sam zbieg zamknięty w czterech ścianach ciemnej klitki ogromnie przeżywał swój stan jakby zawieszenia w próżni, która jednak w każdej chwili mogła być zabójcza. Bywało, że opuszczał ciemne schronienie i wchodził do mieszkania, ale zawsze daleko od okna. Stan w jakim tkwił nie wpływał dobrze na jego psychikę, w chwilach załamania miał ochotę wyjść na ulicę, być aresztowanym tylko po to, by to wszystko się już skończyło... Każde głośniej wypowiedziane zdanie, każdy przejazd samochodu czy nawet stukanie do drzwi kojarzyło mu się jednoznacznie z rewizją i aresztowaniem lub śmiercią. Nic więc dziwnego, że ten zastraszony człowiek w uwięzi powoli jakby odchodził od zmysłów. Czas jego ukrycia wydłużał się niemiłosiernie i tylko niekiedy domownicy informowali go o losach wojny. Od nich dowiedział się o klęsce Niemców pod Stalingradem, potem o froncie, który powoli zmierzał w kierunku na zachód.

Minęły dwa lata od momentu gdy nasz bohater powrócił do domu. Lata ukrycia, strachu, ale jednak i nadziei, że los zadręczonego ukryciem człowieka może wkrótce ulec zmianie… Pewnego lipcowego dnia w 1944 roku córka z impetem wbiegła do domu oznajmiając krzykiem, że nadciąga front, z daleka już słychać strzały i odgłosy walki. Domownicy rozpierzchli się ratować dobytek i szukać miejsc do ukrycia, a strzały bardzo wyraźnie zaczęły się przybliżać. W ciemnej piwnicy słychać było niewiele, jednak słowo wyzwolenie jakoś doleciało do uszu ukrywającego się człowieka. Nieświadomy zagrożenia i pędzony nadzieją wolności postanowił opuścić swą bezpieczną kryjówkę. W zamieszaniu ominął domowników i ruszył w kierunku drzwi. Blask dziennego światła oślepił jego nawykłe do ciemności oczy, a zapach świeżego powietrza zadziałał jak narkotyk. Istna kanonada bodźców, jaka stała się teraz jego udziałem, doprowadziła go niejako do stanu amoku… I ruszył przed siebie, szczęśliwy, łaknący światła, pragnący powietrza i wszystkich tych doznań, które przez dwa lata były mu odebrane. Nie baczył na wojenną zawieruchę, w euforii zaczął tańczyć na ulicy. Z uniesionymi do góry rękoma szedł tanecznym krokiem ku swej wolności, nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób wkroczył pomiędzy walczące strony. Żołnierze strzelali do siebie, a on kontynuował swój taniec pomiędzy świszczącymi obok głowy pociskami. Armie nieprzerwanie prowadziły ostrzał i tylko przerażona żona stojąca w oknie wzniosła modlitwy, by żadna zbłąkana kula nie dosięgła jej męża…
Przeżył, front przeszedł, żołnierze odeszli. Nadeszła jego upragniona wolność... Tylko do dziś kolejne pokolenia rodziny przekazują sobie opowieść o dziadku tańczącym pod kulami…

Marek Niedźwiecki

Fotografia tytułowa (NAC): Transport niemiecki na ulicy Grunwaldzkiej w Przemyślu.


Jak pokazać twierdzę Przemyśl Europie

W niedzielę 19 października fort XII Werner w Żurawicy był prawdziwie oblężony przez turystów z Włoch, Niemiec i Austrii. Jak to się stało, że w przeciągu 1 dnia fort zwiedziło ponad 500 osób? Poniżej publikujemy wywiad z Pauliną Kwaśniewską przedstawicielką organizacji ,,Deina” zajmującą się promocją Euroregionów i organizatorką zwiedzania fortu Werner w Żurawicy. Więcej informacji na stronie biura: www.fajnyprzemysl.pl

W jaki sposób Państwa organizacja zachęca młodzież do tego typu imprez?

Aktywizacją młodzieży we Włoszech zajmują się głównie urzędy miasta, uzyskujące fundusze z Unii Europejskiej po czym przesyłają propozycję projektu do szkół na terenie całego kraju. Następnie każdy z urzędów czeka na odzew od zainteresowanych projektem jednostek edukacyjnych. Tak też było i w tym przypadku. To był wyjątkowy projekt, którego celem było pokazanie młodzieży horroru wojny i uświadomienie im jak wielka jest to tragedia. Licealiści we Włoszech niewiele wiedzą na temat wydarzeń związanych z I wojną światową. Historia i nauka historii coraz częściej spada na dalszy plan a dzięki projektom takim jak ten młodzież ma okazję „uczestniczyć” w wydarzeniach, posłuchać o tym co się wtedy działo od osób, które posiadają ogromną wiedzę na ten temat.

Ilu przewodników i tłumaczy z Krakowa potrzebnych było do obsługi turystycznej?

W pierwszych dniach wycieczki młodzież zwiedzała obiekty militarne Twierdzy Kraków, biuro turystyczne z Krakowa udostępniło swoich przewodników, którzy oprowadzali po obiektach w języku niemieckim oraz włoskim, następnie przewodnicy przyjechali w roli pilotów i tłumaczy do Przemyśla. W każdym z autobusów, a było ich 10, obowiązkowo znajdował się jeden pilot oraz jeden tłumacz z Krakowa. Czasem, gdy grupy były mieszane, dla jednego autokaru potrzebowaliśmy dwu tłumaczy. Z Krakowa wyjechaliśmy o 5:30, pierwsze zwiedzanie zaplanowane było na godzinę 10:30 w niedzielę. Na miejscu w Przemyślu do obsługi ruchu turystycznego biuro z Przemyśla, udostępniło pięciu specjalistów-przewodników znawców historii oraz walk w Twierdzy Przemyśl. Oni na miejscu, w forcie Werner zajmowali się obsługą wszystkich grup.

W jaki sposób pięciu przewodnikom udało się logistycznie zapanować nad tak ogromną ilością zwiedzających?

Autokary podzielone zostały na dwie grupy. Pierwsze pięć autokarów pojechało zwiedzać Fort Salis Soglio, a po 1,5 godziny nastąpiła zamiana. Niemniej o godzinie 10:30 na miejscu w forcie Werner znajdowało się na raz 250 osób. Każdy z przewodników „zajął się” jednym z autokarów w ścisłej współpracy z pilotem z Krakowa oraz tłumaczami. Panowie pracujący w forcie otworzyli dodatkowe „wyjście” dzięki czemu przez środek fortu, przez koszary szyjowe, od których rozpoczynało się zwiedzanie na raz mogła przejść większa ilość osób. Przewodnicy z Przemyśla rozplanowali zwiedzanie w sposób bezkolizyjny, tak aby nie blokować się wzajemnie, każda z grup wiedziała z kim idzie, nikt się nie zgubił, nie było też osób, które były zdezorientowane lub rezygnowały ze zwiedzania.

Pani zdaniem młodzież była zadowolona?

Tak i to bardzo. Widzieliśmy jak młodzież żegnała przewodników z Przemyśla. Po prostu gromkimi oklaskami. Widać, że przewodnicy musieli zainteresować młodzież z Włoch i Niemiec, co było nie lada wyzwaniem. Wiadomo, że w dzisiejszych czasach młodzież szybko się nudzi słuchając suchych faktów historycznych, tutaj było odwrotnie, niektórzy z przewodników odprowadzali swoje grupy aż do samego autokaru nie przestając mówić. Muszę podkreślić, że opiekunami młodzieży byli nauczyciele historii, także Oni też szczególnie dziękowali przewodnikom z Przemyśla ponieważ taki sposób zachęcenia młodzieży do nauki historii obije się bardzo pozytywnie na ich przyszłych działaniach edukacyjnych.

Wśród uczestników pojawiały się również osoby starsze.

Tak zgadza się te osoby to grupa austryjaków, potomkowie żołnierzy służących kiedyś w Twierdzy Przemyśl lub Kraków, lub pracujących przy ich budowie. To była specyficzna grupa. Bardziej interesowali się życiem codziennym żołnierzy stacjonujących w Twierdzy niż datami czy kalibrami broni, bardziej co jedli, jak spali, jak spędzali wolny czas niż gdzie były ustawione działa i ile ich było. Część z nich zadawała pytania w taki sposób jak gdyby chcieli się dowiedzieć w jakich warunkach żył ich przodek, bardzo konkretne pytania, przytoczę kilka: Czym zajmowały się żony oficerów? Do jakich szkół chodziły dzieci? Czy były przedszkola? Gdzie był odział ortopedyczny? Czy przy budowie pracowali więźniowie? I wiele, wiele podobnych, dotyczących życia w Twierdzy. Ta grupa także wyjechała bardzo zadowolona, żałując jednak, że z przyczyn organizacyjnych, nie mogą dłużej „pomęczyć” przewodników.

Dziękuję serdecznie za poświęcony czas i zapraszam ponownie do Przemyśla.

Dziękuję, na pewno będziemy miło wspominać ten wyjazd.

Rozmawiała Alicja Kaczmarska


Wojna, którą przegraliśmy dwa razy

Przez wiele lat Polska znajdowała się w kręgu państw socjalistycznych będąc krajem satelitarnym ZSRR. To właśnie w Moskwie ustalono, że dniem święta zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami będzie 9 maja, choć akt kapitulacji Niemiec podpisano już dzień wcześniej.

Jak wiemy z historii II Wojna Światowa rozpoczęła się od niemieckiego ataku na Polskę w dniu 1 wrześnie 39. Dzięki nowoczesnemu stylowi walki zwanego blitzkriegiem (wojną błyskawiczną) Niemcy w krótkim czasie pokonali słabą militarnie Polskę dochodząc go ustalonej w pakcie Ribbentrop-Mołotow linii na Sanie, a nawet czasem ją przekraczając jak w przypadku Lwowa. Kampania wrześniowa trwała od 1 września do 6 października, kiedy to całkowicie ustały działania militarne polskich jednostek. Po wielu latach wreszcie odkłamano historię stawiając zarzut równoległego rozpoczęcia wojny przez Związek Radziecki. Przypomnijmy, że Armia Czerwona przekroczyła nasze wschodnie granice 17 września 39 dokonując zbrojnej agresji bez wypowiedzenia wojny. Oficjalne tłumaczenie Stalina było identyczne jak obecnie W. Putina w sprawie aneksji Krymu.. Twierdził, że nie jest to agresja tylko prewencyjna obrona ludności rosyjskiej. Tak oto Polska poniosła pierwszą porażkę w tej wojnie, pozostawiona na pastwę agresorów mimo wielu podpisanych gwarancji oraz układów militarnych z krajami zachodniej Europy.

Wojna obrała innego wymiaru, gdy dotychczasowi sojusznicy stali się wrogami. W 1941 roku Hitler zaatakował ZSRR dokonując wielu zwycięstw nad słabszą armią radziecką. Kiedy Stalin poczuł, że jego kraj upada utworzono polskie jednostki wojskowe pod znakiem orła, który po wschodniej stronie świata stracił z głowy koronę. To właśnie, to wojsko złożone z byłych sybirskich zesłańców, ramię w ramię z żołnierzem rosyjskim przemierzyło cały szlak bojowy, by pod koniec kwietnia 1945 zdobyć Berlin. Tak oto odnieśliśmy zwycięstwo nad niemieckim okupantem. Niestety, zwycięstwo było tylko pozorne, bo jak się okazało ponad naszymi głowami mocarze państw podpisali nowy pakt oddając Polskę pod władanie Stalina. Wówczas przegraliśmy wojnę drugi raz…… Okupacja radziecka w Polsce trwała aż do 1989 roku, kiedy to ostatnie jednostki radzieckie stacjonujące w Polsce na zasadzie wojsk okupacyjnych opuściły teren naszego wolnego państwa. Dopiero po 89 roku Polska rozpoczęła „powolną odbudowę” z powojennych pozostałości już bardziej w sferze mentalnej niż fizycznej.

Dziś już nie obchodzimy tak hucznie rocznicy zwycięstwa, bo, czy ósmy, czy dziewiąty maj kojarzy nam się bardziej z ponowna klęską niż spektakularnym zwycięstwem..


Kolej wiedeńska, a przemyski dworzec

Kolej Wiedeńska słynęła z doskonałej regularności. Pociągi przybywały do stacji przeznaczenia z czasem rozkładowym, nie było nawet mowy o tak charakterystycznych naszym czasom spóźnieniach.

Potwierdzeniem tego faktu może być zdarzenie mające miejsce podczas wizytacji miasta przez Cesarza Franciszka Józefa. Ten przyjechawszy do Przemyśla pociągiem po przybyciu wyjął złoty zegarek na łańcuszku i spojrzał na godzinę. Okazało się jednak , że czas przyjazdu nie zgadzał się o pięć minut! Cesarz bez wahania wyrzucił zegarek przez okno będąc w stu procentowym przekonaniu, że zegarek się zepsuł….

Austriacki zaborca uważał Galicję za integralną część cesarstwa. W tym zaborze nie można było spotkać się z takimi zjawiskami jak germanizacja, czy rusyfikacja w innych zaborach. Polacy posiadali nawet delegatów w austro-węgierskim sejmie. Autonomia Polaków była rozwinięta. Nic, więc dziwnego, że cesarstwo postanowiło zadbać o rozwój gospodarczy regionu. Postawiono, między innymi na rozwój kolejnictwa. Tak oto w połowie XIX wieku ruszyły prace nad kolejnymi etapami budowy torów i dworców. Ten przemyski oddano 1859 roku, jednak nie był to dokładnie ten budynek, który oglądamy dzisiaj. Obecny kształt dworca został nadany mu podczas rozbudowy 1895 roku. Wówczas postanowiono, że będzie on repliką dworca wiedeńskiego. To założenie spowodowało, że dworzec zyskał charakter pałacowy z bogatymi sztukateriami oraz malowidłami najwyższej klasy. Linia kolejowa łącząca Przemyśl z resztą Galicji zachodniej powstała w 1860 roku i kończyła etap budowy od strony Przeworska. Budowa, jednak się nie zakończyła, lecz trwała dalej, bo już rok później oddano do użytku odcinek do Lwowa liczący 97,6 km. W późniejszym czasie postanowiono o budowie odcinka łączącego Przemyśl z Budapesztem. Tak powstał odcinek prowadzący przez Chyrów do Zagórza, a następnie tunelem Łupkowskim na druga stronę Karpat. Po ponownej regulacji granic część tej trasy pozostała po stronie ZSRR, jednak na podstawie umowy transgranicznej nadal nią jeździły polskie pociągi. Przejazd do Ustrzyk Dolnych stanowił nie lada atrakcję dla turystów poszukujących stachurowskiej „Siekierezady” lub miłośników wędrówek po połoninach. W latach 80 pociąg łączony z wagonów towarowych i kilku osobowych wyruszał z Przemyśla w kierunku Niżankowic, by bez kontroli paszportowej przekroczyć granicę. Tam cały skład był dokładnie przeszukiwany przez radzieckich pograniczników często z psami. Po tej „odprawie” żołnierze stawali na schodkach wagonów broniąc w ten sposób wyjścia. Zimą stawali w przedsionkach utrudniając dostęp do toalet co w ciągu pięciu godzin jazdy stanowiło pewną trudność… Podczas jazdy zabronione było nawet otwarcie okna, a już wyrzucenie czegoś przez okno powodowało poważne problemy. Następny przystanek, to już przejście graniczne przed Krościenkiem. Tam po kolejnej kontroli żołnierze opuszczali pociąg. Linia ta obecnie została wyłączona z ruchu, gdyż ukraińska strona zażądała wysokich opłat tranzytowych.

W ostatnich latach przemyski dworzec przeszedł gruntowną odnowę, która przywróciła mu stan świetności czyniąc go kolejną lokalną atrakcją. Czego jeszcze możemy sobie życzyć? Chyba tylko tego byśmy jak cesarz wyrzucali zegarki, gdy spóźni nam się pociąg…….


Dokładnie 75 lat temu Polacy powiedzieli Hitlerowi: - Nie!

Dziś mija 75 rocznica słynnego wystąpienia w sejmie Rzeczypospolitej ministra Józefa Becka.

Podczas tego wystąpienia wygłosił on słynne słowa, które zadecydowały o polityce Polski wobec agresywnych Niemiec. Cyt. „Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor.” W sejmie rozbrzmiewały głosy aplauzu. Jednak słowa te miały skutkować martyrologią narodu polskiego. Oznaczały, że polityka obierze nurt nieustępliwości bez względu na potencjalne następstwa.

Minister Beck jak nikt inny wyraził ducha narodu polskiego wobec narastającego zagrożenia. Była to riposta na przemowę A, Hitlera z dnia 28 IV 1939r.


Czy wiecie, że Przemyśl posiadał lotnisko?

Przemyśl jest położony na terenie górzystym, który nie bardzo kojarzy się z warunkami do zbudowania lotniska, jak się jednak okazuje, to właśnie tu powstawała historia polskich skrzydeł. W 1918 roku lotnisko pod wsią Hureczko było drugim na terenie Polski.

Powstało ono w 1914r. w okresie działań wojennych . Miasto okrążone przez rosyjskie wojska miało problemy z dostarczeniem poczty czy nawet rozkazów z dowództwa. Rozwiązaniem okazało się zorganizowanie ruchu lotniczego. Z tego miejsca samoloty austriackich i węgierskich pilotów kursowały do Koszyc, czy nawet Krakowa, odbywały się również loty bojowe, czy rozpoznawcze. Ciekawe zdarzenie miało miejsce w sierpniu 1914 roku, kiedy to z wizytą przybył niemiecki sterowiec Schütte Lanz SL II „Liegnitz” o długości 156 metrów. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości nad lotniskiem pojawiły się samoloty z biało-czerwoną szachowniczką. 31 października 1918 roku załoga pod dowództwem Przemyślanina por. pilota Wiktora Robotyckiego dokonała przejęcia lotniska. Przemyscy piloci zapisali się również w kartach historii w okresie 1919-21r. To właśnie stąd odbywały się loty bojowe w wojnie polsko-bolszewickiej. We wrześniu 1939 roku wylądował tu generał Kazimierz Sosnkowski jako świeżo mianowany dowódca Armii Karpaty. W późniejszym czasie lotnisko zostało przejęte przez Rosjan, a w 1941 przez Niemców. Ci ostatni doprowadzili do jego rozbudowy, gdyż startowały stąd samoloty biorące udział w ataku na ZSRR. W wyniku toczących się działań wojennych w 1944 roku lotnisko przejęli ponownie Rosjanie. Od tego momentu stacjonowały na nim eskadry Czechosłowackie. Koniec wojny i nowy układ granic spowodowały, że lotnisko znalazło się tuż przy granicy z ZSRR. Oznaczało to , że startujące lub lądujące samoloty mogły naruszać strefę powietrzną tego państwa. Ten fakt przyczynił się do jego zamknięcia. W latach późniejszych jeszcze parokrotnie organizowano pokazy lotnicze lub zawody modeli latających, jednak miało to sporadyczny charakter.

Obecnie tereny byłego lotniska zostały zamienione w grunty orne. Poznikały ślady dawnej funkcji tego miejsca, hangary zostały zburzone, a pas startowy porósł łanami zbóż. Dziś w tym miejscu lądują jedynie bociany.


Starosta Przemyski Jerzy Michał Wołodyjowski. Czy wiedzieliście?

Nie każdy, kto czytał trylogię Henryka Sienkiewicza zdaje sobie sprawę, że autor w swoich powieściach, przy tworzeniu sylwetek bohaterów, przystosowywał życiorysy postaci istniejących historycznie. Nie każdy, wie także, że postać głównego bohatera trylogii, pułkownika Michała Wołodyjowskiego, oparta była na istniejącym w rzeczywistości, a związanym z Przemyślem Jerzym Wołodyjowskim. Pierwowzór Pana Michała, co prawda nie miał tak licznych zasług historycznych, jednakże prawdą jest, że był to niezrównany zagończyk oraz to , że oddał swoje życie w trakcie dowodzenia obroną Kamieńca Podolskiego.

Jerzy Wołodyjowski, herbu Korczak, urodził się w 1620 roku w Makowie. Rodzina Wołodyjowskich, wywodziła się z prawdopodobnie prawosławnej szlachty, która w połowie XVI w przeszła na katolicyzm. Edukację pobierał u swojego stryja, gwardiana w klasztorze Franciszkanów. Młody Jerzy wybrał, jednak karierę wojskową. Wiele lat pałał się zwalczaniem pomniejszych watah tureckich oraz tatarskich; jakie grasowały po Kresach Rzeczypospolitej, zapewne brał także udział w większych wyprawach hetmana Jana Sobieskiego. Dowodząc swoimi prywatnymi oddziałami (Henryk Sienkiewicz, ten fakt w Trylogii wykorzystał, jednakże dowódcą takiego wojska uczynił Kmicica) dosłużył się na tyle znaczącej sławy, że w 1668 roku został mu nadany urząd stolnika przemyskiego. Niestety, niewiele wiadomo, w jaki sposób Wołodyjowski sprawował tę funkcję, mało też wiemy o jego ewentualnych pobytach w Przemyślu. Urząd ten jednak, nawet jeśli był tylko honorowym, nadał panu Jerzemu wielkiego prestiżu. Miało to duży wpływ na dalsze losy naszego bohatera. Stolnik Przemyski to jedyna oficjalna funkcja jaką Wołodyjowski sprawował.

Mimo, że spędził większość swojego życia „w polu”, nigdy nie był oficerem wojsk koronnych ani zaciężnych. Pułkownikostwo Wołodyjowskiego zostało przez Sienkiewicza zupełnie zmyślone. Autor Trylogii pobujał także, co do życia prywatnego małego rycerza. Jak pamiętamy z książki, pan Michał po wcześniejszym afekcie miłosnym skierowanym do panny Krystyny Drohojowskiej, żeni się ostatecznie z „hajduczkiem” Barbarą Jeziorkowską. Otóż faktycznie Wołodyjowski ożenił się z Jeziorkowską, tyle że z…Krystyną. Żona jego, dobrze już po czterdziestce, była majętną potrójną wdową (Sienkiewicz chcąc pogodzić ten fakt z losami książkowej Basi, a może puszczając oko do czytelnika, wspomina, w „Panu Wołodyjowskim”, że Basię nazywano “wdową po trzech mężach”, ponieważ trzech kawalerów jednocześnie szło do niej w konkury i trzech zginęło w tym samym czasie). Zarówno małżeństwo, jak i intratna profesja przyczyniły się do znacznej poprawy sytuacji materialnej Wołodyjowskiego. W chwili śmierci był to człowiek bardzo zamożny. Oprócz siedmiu wsi, dwóch zamków, jednego miasteczka, posiadał ok 15 tyś akrów ziemi.

Trzy lata po nadaniu Wołodyjowskiemu urzędu stolnika przemyskiego, hetman Sobieski, powołał go na komendanta strażnicy w Chreptowie. Ten życia naszego bohatera jest przez Sienkiewicza dość wiernie opisany. W 1672 r wybuchła wielka wojna polsko – turecka . Pierwszą wielką fortecą na drodze sułtana Mehmeda IV był zamek w Kamieńcu Podolskim. Legenda głosi, że kiedy niemal pięćdziesiąt lat wcześniej sułtan turecki Osman II stanął pod Kamieńcem, popatrzył na twier-dzę i zapytał „Kto ją zbudował?”, a gdy w odpowiedzi usłyszał „Sam Bóg cudowną miejsca naturą”, po namyśle odrzekł „To niech ją sam Bóg zdobywa”. I od oblężenia odstąpił. Niestety, teraz zamek kamieniecki, który w międzyczasie mocno podupadł, nie stanowił już dla wyposażonej w dużo bardziej nowoczesne działa armii tureckiej, takiego problemu. Do tego niemal nieustannie zrywająca wszelkie sejmiki szlachta, nie potrafiła ani wybrać odpowiedniej komendy dla twierdzy ani należycie ją na czas oblężenia opatrzyć. W tej sytuacji hetman Sobieski, powierzył faktyczną komendanturę twierdzy Jerzemu Wołodyjowskiemu (formalnym dowódcą był Mikołaj Potocki), który wprowadził do zamku dość znaczną prywatną chorągiew węgierską. Wołodyjowski bronił się dzielnie, choć na obronie zamków nie znał się w ogóle. Nie czuł się też zapewne komfortowo w tej roli. Był to żołnierz polowy, do obrony twierdz potrzebny zaś był żołnierz o zdolnościach inżynierskich.

Obrona zamku trwała osiem dni. W ciągu tego czasu przeprowadził kilka wycieczek na teren wroga, osobiście też z kilkoma żołnierzami bronił wyłomu dokonanym przez tureckich saperów w dolnym zamku. Sienkiewicz także ten fakt opisuje dość wiernie, z ty wyjątkiem, że obrońcy nie walczyli, jednak szablami, lecz celnie strzelając z muszkietów. W sytuacji, kiedy było wiadomo, że i górny zamek jest nie do obrony, a w razie zdobycia twierdzy i miasta obrońców oraz mieszkańców czekałaby rzeź, stolnik przemyski opowiedział się za poddaniem obrony. Wołodyjowski nie był więc na tyle szalony, aby bez sensu ginąć na gruzach zamku, a tym bardziej, aby popełniać samobójstwo. Warunki poddania były bardzo honorowe. Wojsko wraz z dobytkiem i rodzinami miało prawo opuścić twierdzę, a mieszkańców nie spotkało nic złego, pozostawiono im nawet wolność wyznania. W chwili, kiedy polscy emisariusze wracali z warunkami, a Wołodyjowski przygotowywał wymarsz wojsk polskich, jedną z wież wstrząsnęła potężna eksplozja. Pan Jerzy widząc wybuch i chcąc uskoczyć, poderwał konia lecz w chwilę potem trafił go głowę kartacz, który samoistnie na wskutek eksplozji wypalił z działa, zabijając stolnika na miejscu. Wraz z Wołodyjowskim zginęło 500 żołnierzy. Nie do końca jest pewne co spowodowało wybuch. Oficjalna wersja mówił, że to pijani żołnierze zaprószyli ogień w zbrojowni. Wyjaśnienie takie miało zapewnić sułtana, że nie złamano warunków poddania się. Przypuszcza się jednak że to kurlandzki oficer o nazwisku Heyking, nie mogąc pogodzić się z tak szybką kapitulacją wysadził zamek w powietrze. Tak właśnie zrodziła się powieściowa postać Ketlinga.

Żony pana Jerzego, wzorem sienkiewiczowskiej Basi, w Kamieńcu w tym czasie nie było. Na czas obrony wyjechała na Litwę. Po śmierci Wołodyjowskiego wyszła po raz kolejny za mąż, tym razem męża już nie przeżywając. Ciało Wołodyjowskiego za zgodą Turków spoczęło w kościele franciszkanów w Kamieńcu. Msze za jego dusze były w Kamieńcu odprawiane jeszcze w XIX w. Utrata Kamieńca nie poszła całkiem na marne. Fakt ten na jakiś przynajmniej czas, wstrząsnął pogrążoną w swarach i prywacie polską szlachtą. Ta przyznała Sobieskiemu odpowiednie środki, pozwalając wojnę polsko turecką zwyciężyć.

Piotr Gdula