Nie obrażaj (się na) nas Opozycjo! Felieton Piotra Gduli

Muszę się przyznać. W ostatnich wyborach nie głosowałem na Koalicję Europejską. Nie głosowałem także na Prawo i Sprawiedliwość. W końcu wolno mi. Podobno mamy demokrację i mogę głosować na kogo chcę.

Jednak czy na pewno? Na szczęście nikt za wyborcze decyzje jeszcze w Polsce po głowie pałką nie dostaje, ale za to ofiarą bluzgu i epitetów niestety stać się już może. A jeśli może, to i staje się. Gdyby felieton ten ukazał się przetłumaczony w którymś z państw Unii Europejskiej, w tym momencie obcojęzyczny czytelnik by pomyślał: „O! Znowu ta zamordystyczna dyktatura”. A tu jednak zonk. Po raz kolejny, najwięcej wyborcom dostało się od strony tak zwanej demokratycznej opozycji (dlatego tak zwanej, gdyż obecna władza, wbrew temu co się mówi, także jest demokratyczna).

Gdybym głosował na PiS miałbym okazję, w ostatnich dniach dowiedzieć się, że jestem niewykształconym, ubogim analfabetą z NRD, tęskniącym za komuną i marzącym jedynie o socjalu od państwa. Takie opinie nie tylko zalały sieć bezimiennymi memami, lecz były wygłaszane przez celebrytów i głównych polityków KE. I tak, według Krystyny Jandy, kobieta z prowincji na hasło „daj głos” klęka z głupią miną przed politykiem machającym do niej banknotem. Współzałożyciel KOD Walter Chełstowski jeszcze kilka dni przed wyborami pisał o elektoracie PiS jako „biomasie, która nie czyta i nie słucha” . Inny kodowiec utrzymuje że „Janusze i Grażyny wybrały te chamice z PiSu”. Szef sondażowni IBRIS wygłasza zaś pogląd, że elektorat pisowski poszedł masowo głosować podniecony faktem utarcia nosa strajkującym niedawno nauczycielom.

Powiecie, Drodzy Czytelnicy, że to tylko tak sobie ze złości szaleje drugi garnitur. Ale przecież nawet były prezydent Bronisław Komorowski wypowiedział się, że PiS wybrali wyborcy, który nie płacą podatków, a na wiadomość, że w Cisnej, jako jedynej gminie na Podkarpaciu wygrała KE, sam jej lider czyli Grzegorz Schetyna wypalił na Twiterze, że tam nie głosowali ludzie rdzenni tylko napływowi z Dolnego Śląska. Swoim tłitem Schetyna pokazał, że wyobrażenie wewnątrz opozycji o odmienności genetycznej jej wyborców jest raczej powszechne. Nie będę już tutaj rozważał, z czym takie poglądy się mogą kojarzyć, zapytam się tylko Was drodzy politycy opozycji (retorycznie, gdyż odpowiedzi się nie spodziewam): czy zamiast naród obrażać, nie lepiej wybrać inną drogę?

Ja osobiście mogę podpowiedzieć Wam takie drogi dwie. Pierwsza jest zapewne trudniejsza, przeznaczona dla prawdziwego, rasowego ideowca, który jak wierszu Asnyka „nie da się zepchnąć ze swego stanowiska”. Możecie po prostu spróbować nas do swojego programu przekonać. Żmudnie, krok po kroku wytłumaczyć, dlaczego Waszym zdaniem, kierunek w którym powinna podążać Polska jest dla niej, no i dla nas, dobry i korzystny. Pamiętajcie tylko, że istnieje ryzyko, że naród mógł do tego kierunku jeszcze nie dojrzeć. Może nawet nie dojrzeć do niego nigdy. Wtedy możecie skończyć tam gdzie dziś jest Adrian Zandberg i jego koledzy z partii Razem. Ale oni przynajmniej mają klasę i nikogo nie obrażają. Trwają.

Drugim sposobem, który szczerze mówiąc, rekomendowałbym Wam dużo bardziej gorąco, mogłoby być szczere, ale takie naprawdę szczere zastanowienie się, czy kierunek, który sobie wymyśliliście, a większa część elektoratu zaakceptować go nijak nie chce, nie jest jednak kierunkiem błędnym. Może jednak należałoby w nim coś zmienić? Jest to sposób, który już wcześniej stosowaliście, choć mam wrażenie że Wasze wolty były tak szczere, jak pragmatyczne. Jeśli jednak Drodzy Opozycjoniści naprawdę uważacie, że program oparty niemal w całości na postulatach ruchu LGBT jest czymś, co całe społeczeństwo, poza Warszawą i dużymi miastami porwie, pozostaje Wam wariant pierwszy. Ale gdyby co, pozdrówcie Adriana.

Piotr Gdula 

Felieton jest przedstawieniem poglądów autora.

Zdjęcie: pixabay


Mizeria nie kampania, czyli jak się przegrywa w Przemyślu

Do wyborów samorządowych pozostało raptem czterdzieści parę dni, jednak w Przemyślu ktoś kto nawet lokalną polityką się interesuje, mógłby pomyśleć, że być może zostały tu u nas odwołane. Jedynym wszak o nich przypomnieniem są informacje o zaciętych bojach pomiędzy pomiędzy dwoma głównymi kandydatami w Warszawie, może coś o Krakowie, Wrocławiu lub Gdańsku.

A w naszym cichym i spokojnym grajdołku, nie tylko nie ma żadnych bojów, ale brak jest śladu jakiejkolwiek do nich ochoty. Parę honorowo oddanych strzałów i miasto zostało po cichu i w zupełnym spokoju zajęte przez siły Prawa i Sprawiedliwości. Kandydaci opozycyjni bowiem nie robią nic, albo prawie zupełnie nic, aby to właśnie kandydat PiS i zarazem obecny wiceprezydent Przemyśla nie zajął w październiku stołka włodarza miasta. Janusz Hamryszczak jest bowiem jedynym jako tako aktywnym uczestnikiem tych wyborów. I pomimo licznych błędów, jak przedstawianie jego kandydatury w takich miejscach jak Rzeszów, Jarosław czy Orły, z zupełnym pominięciem Przemyśla, jego droga do prezydenckiego fotela, jak na razie jest szeroka i zupełnie otwarta.

Powiecie drodzy czytelnicy: hola, hola redaktorku, wszak Hamryszczak ma dużo łatwiej od innych. Świetliste plany rozwoju miasta ogłaszane przez niego, a nie przez wciąż urzędującego prezydenta Chomę, rzesze odwiedzających Przemyśl polityków z Rzeszowa czy ostatnio nawet z Warszawy to potężny i darmowy arsenał. Prawda. Także to, iż konkurencja nawet na ułamek takiej siły liczyć nie może. Tym bardziej jednak powinna być zwarta, pomysłowa, aktywna. A tego wszystkiego brakuje.

Pierwszym ogłoszonym kandydatem na Prezydenta Przemyśla jest Wojciech Bakun. Problem w tym, że po majowej konferencji prasowej, w której dokonał coming outu, niemal zupełnie zniknął. Ostatnio nieśmiało jego komitet uaktywnia się w mediach społecznościowych. Z tym, że to dużo za mało. Nie znamy żadnego pomysłu Bakuna i jego ekipy na Przemyśl, żadnej jego wizji. A szkoda, gdyż kandydatura Wojciecha Bakuna zapowiadała mi się bardzo ciekawie. Polityk reprezentuje idee społecznie konserwatywne, ale i bardzo prorynkowe. Ma także za sobą liczne grono przemyskich społeczników. Niezaprzeczalnym wciąż jego atutem jest także świeżość na troszkę przytęchłym przemyskim politycznym poletku.

Podobnie, ba, pewnie i gorzej jest z ostatnio ujawnioną kandydaturą Wojciecha Błachowicza. W poprzednich wyborach obecny lider platformianych radnych walczył z Robertem Chomą w drugiej turze wyborów prezydenckich. Wydawałoby się, że jest to więc naturalny lider antypisowskiej opozycji. Błachowicz jednak, po początkowych zapowiedziach dużej aktywności w Radzie Miejskiej, z przemyskiej polityki niemal całkowicie zniknął, a i cały klub Platformy Obywatelskiej oklapł niczym przebita dętka. Jedyną zapamiętaną przeze mnie żywotnością radnych PO, jak i również posła Marka Rząsy, były petycje w sprawie szpitala, jak i kłótnie z jego dyrektorem. Platformie udało się skupić koło siebie zajadłych antypisowców z KODu i Nowoczesnej, jednak środowiska te są dość małe. Czy ich działaczom uda się być czymś więcej niż tylko przystawką i wywalczyć dla siebie choć jedno miejsce dające mandat radnego? Mam wątpliwości, choć być może się mylę.

Platformie nie udało się jednak przekonać do współpracy nielicznych już w Przemyślu polityków SLD. Partia ta, która przez ostatnie cztery lata była niby taką opozycją, postanowiła teraz wystawić własnego kandydata, czyli jednego z trzech radnych Tomasza Kulawika. Kandydatura ta jest jednak raczej tylko prestiżowa. SLD walczy o przeżycie, musi więc posiadać własną lokomotywę. Albo w tym wypadku nawet statek, bo wiadomo przecież, że Tomasz Kulawik to znakomity żeglarz.

Aktywność kandydatów na Szefa Wszystkich Przemyślan i zupełny brak treści ich kampanii, są tak liche, że rodzi się u mnie nieodparte wrażenie, iż wszyscy pogodzili się z faktyczną już nominacją kandydata PiS. Tyle, że taka postawa jest zarzynaniem demokracji w samo jej święto, jakim niewątpliwie są wybory. To nie butna władza jest temu winna. Panie i Panowie opozycja, czas się otrząsnąć! I powiedzcie nam w końcu do cholery, dlaczego to akurat na Was mamy głosować.

I półtora miesiąca przed wyborami mamy chyba tylko tyle. Zaraz, nie! Jest jeszcze Asterix. Sprawdziłem, jego komitet oficjalnie się zarejestrował. Czy Arturowi Geruli uda się dokonać „Resetu Systemu”. W obecnej politycznej anemie, być może jest bliżej niżby się mogło wydawać.

PS. Ostatnio duch walki wykrzesali z siebie politycy Platformy obywatelskiej, dość nawet zagorzale tłumacząc, dlaczego nie powinniśmy głosować na PiS. Niestety wciąż nie powiedzieli, dlaczego mamy głosować na nich.

Piotr Gdula


Żegnaj!

11 sierpnia na Cmentarzu Głównym w Przemyślu pożegnaliśmy Ludomira Lewkowicza - człowieka niebanalnego, człowieka wielu talentów, zainteresowań, umiejętności - człowieka renesansu.

Lutek, bo tak go nazywali znajomi, był osobowością znaną w Przemyślu ze swojej działalności społecznej i kulturalnej. Wykonywał w swoim życiu wiele zawodów i wszystkie z powodzeniem. Był milicjantem, kierownikiem administracyjnym, tłumaczem, managerem zespołu muzycznego, producentem płyty jazzowej, doradcą prawnym itd... Każdy kto miał kłopot mógł liczyć na jego pomoc. Znajomi żartują, że sprawy niemożliwe załatwiał od ręki a cuda zajmowały mu trochę więcej czasu. Dlatego warto wspomnieć Jego postać i zapamiętać go takim jakim był: uśmiechniętym, życzliwym, czasem złośliwym i uszczypliwym ale zawsze gotowym pomagać wszystkim i w każdej sytuacji.

Niezliczone stowarzyszenia i organizacje cieszyły się jego przewodnictwem, członkostwem lub pomocą w różnych kwestiach. Kochał życie i czerpał z niego pełnymi garściami, szczególnie od momentu, kiedy kilkanaście lat temu przeżył śmierć kliniczną. Nowe życie, które otrzymał wypełniał do ostatniej minuty i jak twierdził przestał się bać śmierci. Ten wypadek w Jego życiu zmienił wszystko. Zaczął poznawać na nowo uroki życia i z jeszcze większą determinacją angażował się w pomoc tym, którzy tego potrzebowali.

Dla mnie był tzw. „ostatnią deską ratunku”, kiedy nic już nie pomagało – dzwoniłam do Lutka. Niestety, już więcej nie zadzwonię i nie usłyszę w słuchawce: Agnisiu ! W czym mogę Ci pomóc?

Żal...... ale Lutek nie lubił się smucić dlatego zapamiętam go z szerokim uśmiechem, kaniołą na bakier i głośnym zawołaniem: BRAWA DLA KIEROWNIKA!!!!!

Agnieszka Marcińczak


Tańczący pod kulami

Czas II wojny światowej doświadczał podbite przez okupanta narody bardzo wieloma represjami, prześladowaniami, zsyłkami do obozów zagłady czy egzekucjami. Taka była codzienność w czasie niemieckiej okupacji terenów Polski.

W tym czasie ludzkie losy układały się najczęściej tragicznie. Obawa o własne życie, życie najbliższych czy ich bezpieczeństwo w okresie szalejącego terroru powodowały, że wielu nawet bardzo odważnych ludzi, patriotów, zaprzestawało czynnego oporu. Celowe łamanie praw człowieka usankcjonowane działaniami policyjno-wojskowymi doprowadzało do zatrważających sytuacji, które w czasie pokoju nigdy nie miałyby miejsca.
Niemiecka machina nastawiona na eksterminację obywateli polskich narodowości żydowskiej pędziła ku zagładzie całego semickiego narodu. Oficjalne dane wskazują, że w niemieckich obozach śmierci zostało zamordowanych ponad sześć milionów Żydów. Nie pominięto kobiet, starców i dzieci. Takie bestialstwo okupantów doprowadziło jednak do bardzo wielu aktów heroizmu ze strony polskich obywateli. Odważni, zdeterminowani Polacy podjęli działania mające na celu ratowanie niewinnych ludzi, ofiar zbrodniczej hitlerowskiej ideologii.

Polacy skazani na śmierć przez niemiecki sąd wojenny. Płońsk 1939. Fot. IPN

Nie inaczej było w przypadku bohatera mojej dzisiejszej opowieści. Człowiek uczciwy, mąż, ojciec, można powiedzieć zwyczajny mieszkaniec Przemyśla. Widząc dziejącą się nieprawość, postanowił działać. Udzielił schronienia biednej rodzinie żydowskiej. Doskonale wiedział czym ryzykuje. Za pomoc Żydom Niemcy wyznaczyli bardzo wysoką karę, karę śmierci… W późniejszym czasie wprowadzono odpowiedzialność zbiorową dla całych rodzin.

Niemcy w trakcie rewizji domu znaleźli Żydów, zabrano ich do getta. Dom został spalony. Na szczęście nie było w nim reszty rodziny. Nasz bohater został skazany na obóz zagłady. Zapakowany do transportu, wieziony bydlęcym wagonem, ściśnięty w tłumie podobnych nieszczęśliwców wyruszał w drogę, która miała się skończyć w jeden tylko sposób… Ciągnięty przez lokomotywę pociąg zostawiał za sobą znane krajobrazy pogórza. Atmosfera panująca w wagonie nie nastrajała optymistycznie. Jedni płakali, inni wznosili modły, jeszcze inni odchodzili prawie od zmysłów. Wczesne lato 1942 roku nagrzewało kryte papą wagony do temperatur tak wysokich, że wewnątrz panował potworny zaduch, a podróżującym towarzyszył nieznośny smród fekaliów. Potrzeby fizjologiczne były załatwiane w jedyny możliwy sposób – przez dziurę w podłodze po wyrwanej desce. Ktoś z bardziej operatywnych właśnie w tym otworze dojrzał możliwość ratunku. Kilku mężczyzn błyskawicznie zabrało się za powiększenie otworu do takiego rozmiaru, by zmieścił się w nim człowiek. Teraz należało tylko wybrać odpowiedni moment ucieczki. Idealnym okazał się wjazd składu na kolejowe rozjazdy. Pociąg znacznie zwolnił bieg i w tej właśnie chwili skazańcy pojedynczo przeciskali się przez otwór, by w końcu opuścić się pod pociąg
i ułożyć między torami. Uczyniło tak dwudziestu ośmiu mężczyzn, jeden za drugim kładli się na tory. Niestety żołnierze eskortujący transport byli przygotowani na taką ewentualność, na końcu składu Niemcy zainstalowali karabin maszynowy wraz z obsługą.

Przemyśl po czerwcu 1941 roku. Fot. NAC

Gdy pierwszy uciekinier tylko podniósł się z podkładów, padł rozkaz strzelania. Celne serie kładły zbiegów, odbierając szanse ucieczki, a w rezultacie i życie. Nasz bohater miał jednak więcej szczęścia, wyłonił się spod składu w momencie gdy żołnierze przeładowywali karabin. Ta właśnie chwila zbawiennej ciszy umożliwiła mu ucieczkę z torów prosto w łan pszenicy. Biegł bez wytchnienia pędzony świstem kul przelatujących obok jego głowy, upadał i znów podrywał do biegu po życie. Udało się, dobiegł do lasu, który skrył go przed strzelcami. Zza osłony drzew spojrzał jeszcze w kierunku torów za oddalającym się pociągiem, z łanów zboża wyłoniło się jeszcze sześciu ocalałych. Po chwili wytchnienia ruszył w drogę, by jak najprędzej oddalić się od miejsca, które zapewne chwilę później stało się rejonem obławy. Noc zastała go w lesie, bez jedzenia, bez schronienia i tylko strumienie dawały mu czasami możliwość ugaszenia pragnienia. Miał dużo szczęścia, nie został ranny i w zasadzie nie ucierpiał w trakcie ucieczki, więc nie pozwalając sobie na sen, ruszył czym prędzej w kierunku rodzinnego Przemyśla, w którym upatrywał możliwość ratunku. Szedł tak kilka dni, najczęściej pod osłoną nocy, by nie zostać zauważonym przez patrole. W tym czasie żywił się leśnym runem oraz owocami. W końcu jego oczom ukazały się znajome wzgórza. Doskonale znał okolice Przemyśla, wiedział którędy iść, by w sposób niezauważony dotrzeć do miasta.

Przemyśl 1941-1944. Fot. NAC

Z obawy o bezpieczeństwo najbliższych nie dawał znaku życia przez kilka miesięcy. Dopiero zima wygoniła go z piwnicy i zmusiła do szukania pomocy. Nie wiedział, co stało się z jego rodziną, a może wszyscy podzielili jego los lub nie daj Boże zostali zabici? Powoli i bardzo ostrożnie ruszył w kierunku dzielnicy Wilcze, lecz po przybyciu na miejsce jego oczom ukazały się tylko zgliszcza. Nie miał pojęcia gdzie szukać rodziny, przez głowę przelatywało mu tysiące tragicznych myśli. Postanowił jednak, że nie odpuści poszukiwań. Jego uwagę zwrócił dom, który od dawna stał pusty, a teraz świeciło się w nim światło. Obserwował ten dom bardzo uważnie, przez okno dojrzał poruszające się sylwetki. To była jego rodzina, cali i bezpieczni. Jakimś cudem Niemcy zaniechali w stosunku do nich represji. Pod osłoną nocy, niezauważenie przedostał się pod drzwi, pukał tak cicho jak tylko mógł i te wreszcie zostały otwarte. Rodzina po dłuższym okresie rozłąki, niepewności jutra, nie mogła uwierzyć w szczęście ponownego bycia razem. Niestety, kiedy opadły pierwsze emocje, gdy zbieg został nakarmiony i przebrany, nadszedł czas rozważenia sytuacji. Wszyscy zdawali sobie sprawę z ogromnego niebezpieczeństwa, z jakim wiąże się powrót skazańca. Rodzina uradziła, że należy go dobrze ukryć. Tylko jak to zrobić w tak niepewnych czasach. Na ulicach odbywały się łapanki, w domach przeprowadzano rewizje, zagrożeniem mogli być nawet bliscy sąsiedzi… Uznano, że najlepszym miejscem ukrycia zbiega będzie jednak dom, w którym zamieszkali. Budowla posiadała bardzo rozległe piwnice z mnóstwem zakamarków, labiryntem korytarzy, które odpowiednio przerobione mogły stworzyć całkiem skuteczną kryjówkę.

Dzielnica była raczej spokojna, a sam dom nie stał przy głównej drodze, co nie pozwalało ewentualnym intruzom na zaskoczenie domowników. Tak też się stało. W ten sposób uciekinier kolejny raz dostał się do niewoli, tym razem jednak w piwnicach nowego domu… Życie w takiej sytuacji jednak jest ogromnie trudne, nawet tak dla nas obecnie trywialna sprawa jak pożywienie mogła doprowadzić do wykrycia zbiega. Żywność w czasie wojny była reglamentowana, więc wyżywienie jeszcze jednego człowieka bez przydziału bloczków okazało się być bardzo trudne. Rodzina jednak organizowała jedzenie tak, by nikt nie mógł się zorientować, że mogą kogoś karmić. Córki zatrudniały się w szpitalnych stołówkach, gdzie wynoszone dla rodziny jedzenie nie wzbudzało niczyich podejrzeń, bo było codziennością. Sam zbieg zamknięty w czterech ścianach ciemnej klitki ogromnie przeżywał swój stan jakby zawieszenia w próżni, która jednak w każdej chwili mogła być zabójcza. Bywało, że opuszczał ciemne schronienie i wchodził do mieszkania, ale zawsze daleko od okna. Stan w jakim tkwił nie wpływał dobrze na jego psychikę, w chwilach załamania miał ochotę wyjść na ulicę, być aresztowanym tylko po to, by to wszystko się już skończyło... Każde głośniej wypowiedziane zdanie, każdy przejazd samochodu czy nawet stukanie do drzwi kojarzyło mu się jednoznacznie z rewizją i aresztowaniem lub śmiercią. Nic więc dziwnego, że ten zastraszony człowiek w uwięzi powoli jakby odchodził od zmysłów. Czas jego ukrycia wydłużał się niemiłosiernie i tylko niekiedy domownicy informowali go o losach wojny. Od nich dowiedział się o klęsce Niemców pod Stalingradem, potem o froncie, który powoli zmierzał w kierunku na zachód.

Minęły dwa lata od momentu gdy nasz bohater powrócił do domu. Lata ukrycia, strachu, ale jednak i nadziei, że los zadręczonego ukryciem człowieka może wkrótce ulec zmianie… Pewnego lipcowego dnia w 1944 roku córka z impetem wbiegła do domu oznajmiając krzykiem, że nadciąga front, z daleka już słychać strzały i odgłosy walki. Domownicy rozpierzchli się ratować dobytek i szukać miejsc do ukrycia, a strzały bardzo wyraźnie zaczęły się przybliżać. W ciemnej piwnicy słychać było niewiele, jednak słowo wyzwolenie jakoś doleciało do uszu ukrywającego się człowieka. Nieświadomy zagrożenia i pędzony nadzieją wolności postanowił opuścić swą bezpieczną kryjówkę. W zamieszaniu ominął domowników i ruszył w kierunku drzwi. Blask dziennego światła oślepił jego nawykłe do ciemności oczy, a zapach świeżego powietrza zadziałał jak narkotyk. Istna kanonada bodźców, jaka stała się teraz jego udziałem, doprowadziła go niejako do stanu amoku… I ruszył przed siebie, szczęśliwy, łaknący światła, pragnący powietrza i wszystkich tych doznań, które przez dwa lata były mu odebrane. Nie baczył na wojenną zawieruchę, w euforii zaczął tańczyć na ulicy. Z uniesionymi do góry rękoma szedł tanecznym krokiem ku swej wolności, nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób wkroczył pomiędzy walczące strony. Żołnierze strzelali do siebie, a on kontynuował swój taniec pomiędzy świszczącymi obok głowy pociskami. Armie nieprzerwanie prowadziły ostrzał i tylko przerażona żona stojąca w oknie wzniosła modlitwy, by żadna zbłąkana kula nie dosięgła jej męża…
Przeżył, front przeszedł, żołnierze odeszli. Nadeszła jego upragniona wolność... Tylko do dziś kolejne pokolenia rodziny przekazują sobie opowieść o dziadku tańczącym pod kulami…

Marek Niedźwiecki

Fotografia tytułowa (NAC): Transport niemiecki na ulicy Grunwaldzkiej w Przemyślu.


Rozmowa z Markiem Rząsą - zwycięzcą plebiscytu "Prawybory Przemyskie"

Panie Pośle, jest Pan zwycięzcą naszego plebiscytu „Prawybory Przemyskie”. Pomimo, że zarówno Pan i jak i nasza redakcja, podkreślaliśmy, że wyniki należy traktować z lekkim przymrużeniem oka, o czymś one jednak świadczą. Pana zdaniem, o czym?

Po pierwsze, że Portal Przemyski jest popularny, poczytny i opiniotwórczy. Po drugie, jak Pan słusznie zauważył, był to raczej rodzaj plebiscytu popularności i rozpoznawalności osób publicznych, niż miarodajny sondaż sympatii politycznych i poparcia partyjnego. Z drugiej jednak strony nie należy traktować z przymrużeniem oka około półtora tysiąca osób, które wzięły udział w prawyborach, w obu ich turach. Korzystając z okazji, niniejszym raz jeszcze serdecznie im dziękuję. Zwróćmy też uwagę na to, że to liczba większa, niż próba w sondażach ogólnopolskich. Ten wynik to również poważne ostrzeżenie dla obecnie rządzących. To pewnie nie jest jeszcze dla nich czerwona kartka, ale temat do poważnych przemyśleń już tak.

Do wyborów jest jeszcze rok, nikt też jeszcze nie zdeklarował się, że będzie w nich startował. Jednak, czy jest możliwość, że na kartach wyborczych w wyborach na Prezydenta Przemyśla zobaczymy nazwisko Marek Rząsa?

Jest za wcześnie na składanie jednoznacznych deklaracji. Platforma Obywatelska jest partią demokratyczną i wiążące decyzje podejmiemy, w naszych strukturach, kolegialnie. Mamy w swoich szeregach oraz wśród naszych sympatyków kilku bardzo dobrze przygotowanych, kompetentnych i doświadczonych kandydatów. Ostatecznie wskażemy tego, z największymi szansami na wygraną i w efekcie, w nowej kadencji, skuteczne zarządzanie Przemyślem. Poza tym, nadal nie znamy propozycji zmian w Kodeksie Wyborczym, jakie zafunduje rządząca partia. Może się np. okazać, że z wyborów wykluczone zostaną społeczne lub obywatelskie komitety wyborcze, a wybory prezydenta będą miały tylko jedną turę. Takie zmiany, siłą rzeczy, spowodują korektę naszej strategii i taktyki wyborczej. Na dziś mogę powiedzieć tylko jedno - będziemy silni, gotowi i przygotowani na każdy scenariusz wyborczy.

Zaskakująco słaby wynik w ankiecie uzyskali politycy z ugrupowań, obecnie rządzących Przemyślem. Niezły zaś rezultat ma opozycja i postaci spoza czynnej polityki. Czy przyszły rok, będzie, pańskim zdaniem, dla miasta rokiem jakichś zmian?

Pańskie spostrzeżenie wskazuje wyraźnie, że przemyślanie oczekują zmian, bo widzą postępującą (niestety) degradację miasta. I to w najlepszym dla Przemyśla momencie, kiedy pełną władzę w Polsce, województwie i mieście sprawuje ta sama partia. Nie trzeba być posłem opozycji, by gołym okiem dostrzec, że trzy lata tej kadencji zastały zaprzepaszczone i zmarnowane. Kompletny zastój inwestycyjny i gospodarczy miasta skutkujący wysokim bezrobociem i migracją młodych ludzi oraz haniebna, milcząca zgoda na pełen arogancji i pychy, niezrozumiały dla mieszkańców Przemyśla i okolic, proces likwidacji dobrego, przyjaznego pacjentom Szpitala Miejskiego, to główne grzechy rządzących Przemyślem. Cieszy mnie fakt najlepszego łącznie wyniku kandydatów Platformy Obywatelskiej, Wojciecha Błachowicza i mój. To oznacza, że przemyślanie widzą w nas najsilniejszą opozycję wobec tzw. dobrej zmiany, która w Przemyślu często oznacza dojną zmianę. Rosną w siłę ruchy społeczne i obywatelskie, co w przypadku samorządów jest bardzo pozytywną tendencją. Dlatego nie dziwi mnie dobry wynik mojego konkurenta (raz jeszcze serdeczne gratuluję) z II tury prawyborów. We wspomnianych ruchach dostrzegam niezwykły potencjał, również organizacyjny i gospodarczy. Ich działania i pomysły powinny stać się jednym z kół napędowych dla rozwoju Przemyśla. Sądzę więc, że wyniki przyszłorocznych wyborów będą arcyciekawe i przyniosą kilka niespodzianek.

Jakie błędy dostrzega Pan w decyzjach obecnych włodarzy miasta?

Odnoszę takie wrażenie, że ta władza się po prostu wypaliła. Miota się w pomysłach, które nigdy nie zostały zrealizowane - raz jest to inkubator przedsiębiorczości, później strefa ekonomiczna, innym razem ośrodek narciarski, to znów miasto turystyczne lub miasto rowerów. Trzeba się twardo zdecydować na jedną - dwie koncepcje i konsekwentnie realizować założone cele. Prosty przykład: skoro chce się stawiać na turystykę, to dlaczego nie zatrudnia się specjalistów od nowoczesnej i profesjonalnej promocji, reklamy i propagandy? Miasto choć piękne samo się nie wypromuje, trzeba mu pomoc. Takich przykładów jest wiele - najpierw wyśmienite pomysły, później brak ich realizacji, a na końcu zdziwienie, że się nie udało. I tak od 16 lat. Mam też żal do władz miasta, że czynnie przyczyniły się do dramatycznego pogorszenia relacji polsko - ukraińskich wśród mieszkańców Przemyśla

Jaki przepis na rozwój i sukces ma dla Przemyśla Marek Rząsa?

Przemyśl, by powstrzymać degradację, musi wykorzystać wszystkie swoje walory. Miastu potrzebny jest dopływ kapitału oraz zwiększenie liczby miejsc pracy, dlatego nie może powtórzyć się sytuacja, gdy potencjalni inwestorzy są lekceważeni. Wprowadzimy prostą zależność, między liczbą stwarzanych miejsc pracy, a wsparciem miasta wyrażanym w ulgach podatkowych, ale też w dostosowywaniu systemu szkolnictwa do potrzeb inwestora. Dopilnujemy, by miasto wykorzystując swoje zalety stało się centrum kulturalno – rozrywkowo - turystycznym. Wykorzystamy potencjał ludzki, wspomnianą kreatywność, ale też pracowitość i kompetencje mieszkańców naszego miasta. To oni są największą naszą szansą, dlatego postawimy na ludzi aktywnych, doświadczonych i zaangażowanych, którzy dziś często działając w różnego typu stowarzyszeniach więcej robią dla promocji i rozwoju miasta niż jego władze, choćby ci z kolejowego Stowarzyszenia Linia102.pl. W Przemyślu z powodzeniem funkcjonują firmy o zasięgu globalnym, europejskim, krajowym i ponadregionalnym. Skorzystamy z doświadczeń ludzi, którzy nimi kierują i wiedzą jak osiągnąć sukces. Mamy wszyscy w pamięci badania PAN wskazujące Przemyśl wśród miast najbardziej zagrożonych degradacją. Z drugiej zaś strony są badania, wedle których Przemyśl znajduje się w czołówce miast o dużej dynamice kreatywnej mieszkańców, będącej główną siłą napędową rozwoju miast. Pokazuje to poziom niewykorzystanego potencjału i wskazuje, że nasz kapitał to nie tylko stare mury i nowe drogi, ale przede wszystkim przedsiębiorczy ludzie. Na koniec, przypomnieć muszę, że Platforma Obywatelska wynegocjowała w UE miliardy na rozwój regionów. Zadbamy o to, by każda firma działająca w naszym mieście, ale też każdy mieszkaniec otrzymali pełne, darmowe, eksperckie wsparcie w poszukiwaniu i pozyskiwaniu funduszy unijnych. Przemyśl i przemyślanie zasługują na sukces.

Rozmawiał Piotr Gdula


Rozmowa z Mirosławem Majkowskim - wiceliderem "Prawyborów Przemyskich"

W organizowanych przez Portal Przemyski dwukrotnie otrzymał Pan bardzo wysoki wynik, pomimo że przez ostatnie trzy lata nie udzielał się Pan aktywnie w lokalnej polityce. O czym to, może, pańskim zdaniem, świadczyć?

W zasadzie nigdy nie udzielałem się zbytnio w lokalnej polityce, a działam i znany jestem bardziej jako społecznik, prezes Przemyskiego Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznej i lokalny patriota, który robi co w jego mocy, aby promować Przemyśl i starać się wpływać na polepszenie perspektyw dla młodych ludzi. Uważam, że prawybory zorganizowane na Portalu Przemyskim nie są do końca miarodajne, ale nie można też przejść obok nich obojętnie. Mój wysoki wynik można tłumaczyć w dwojaki sposób. Z jednej strony pokazuje duże pragnienie zmian wśród mieszkańców Przemyśla, nakłada na mnie poczucie wielkiej odpowiedzialności w związku z zaufaniem jakim wyborcy mnie obdarzyli, chęć poszukiwania nowej drogi, nowej perspektywy i niekonwencjonalnych pomysłów dla rozwoju miasta.

Z drugiej strony ten wynik ukazuje brak zaufania do lokalnych polityków wobec braku skutecznej realizacji od lat wyborczych obietnic, postępującej degradacji miasta, obsadzania „stołków” partyjnymi działaczami. To wszystko niestety razi mieszkańców w oczy i powoduje pragnienie szukania nowej drogi. Na takiej zasadzie sukces w ostatnich wyborach odniósł ruch Kukiz'15 czy kiedyś Samoobrona.

Zdaję sobie sprawę, że do wyborów jest jeszcze sporo czasu i nikt jeszcze nie podjął decyzji o starcie, ale czy myśli Pan w jakiś sposób o przyszłorocznej kampanii wyborczej?

Bardzo leży mi na sercu los naszego miasta i widzę szereg zagrożeń jakie mogą nas dotknąć w najbliższym czasie, a najgorsze jest to iż widzę, że brakuje programu działania mogącego zapobiec tym zagrożeniom. Oprócz zagrożeń przede wszystkim widzę olbrzymi potencjał miasta i jego mieszkańców. Potencjał tak bardzo nie wykorzystany, lub wykorzystywany jedynie w niewielkiej części. Z jednej strony bardzo chciałbym ten potencjał obudzić i wskazać nowe kierunki rozwoju miasta z drugiej zaś strony rodzi się we mnie obawa o możliwości realizacji pomysłów jakie mamy na miasto. Mówiąc w liczbie mnogiej mam na myśli zespół ludzi, którzy posiadają potencjał, chęci i zapał do pracy. Zespół z którym chciałbym współpracować przy realizacji tych wszystkich wyzwań. Nie mając poparcia w Radzie Miasta ciężko będzie realizować pewne postulaty i pomysły , do których niektórzy podchodzą bardzo nieufnie, bądź zapobiegawczo. Czy myślę o wyborach? Z pewnością tak, jednak życie pisze różne scenariusze i nie potrafię w dniu dzisiejszym określić czy będę kandydował na jakąkolwiek funkcję w mieście. Czy to radnego czy prezydenta. Zależy to od wielu różnych czynników.

Zaskakująco słaby wynik w ankiecie uzyskali politycy z ugrupowań, obecnie rządzących Przemyślem. Jakie błędy popełniają włodarze miasta, że, przynajmniej przemyscy internauci, odwrócili się do nich plecami?

Uważam, ze nie powinniśmy wyłącznie skupiać się na błędach lokalnych polityków, bo nie popełnia ich jedynie ten co nic nie robi. Oprócz pewnych mniej lub bardziej rażących zaniedbań dostrzec można w ostatniej dekadzie także szereg inwestycji w Przemyślu, dzięki którym miasto staje się atrakcyjniejsze dla potencjalnych inwestorów jak obwodnica miasta, strefa ekonomiczna. Miasto też pięknieje i staje się coraz bardziej atrakcyjne dla turystów dzięki remontom zabytkowych kamienic, rewitalizacji poszczególnych obiektów Twierdzy Przemyśl, poprawy infrastruktury rowerowej. Jednak w dalszym ciągu brakuje tu koordynacji działań i budowy kompleksowego produktu, który wyróżniałby nas i stał się zachętą do inwestowania w naszym mieście. Zasada marketingu „Wyróżniaj się albo giń”niestety świetnie sprawdza się w naszym mieście. Mimo posiadania tak wielu atutów giniemy.

Do ostatnich wyborów, przemyślanom to jednak jakoś nie przeszkadzało

Uczestniczę czynnie w każdych wyborach jakie odbywają się w Polsce i nie da się nie zauważyć tego, że Polacy lubią być okłamywani. Niestety kto więcej obieca, nawet całkowicie bez pokrycia ten wygrywa. Mało kto głosując zastanawia się skąd politycy wezmą środki na sfinansowanie swoich obietnic, a później przychodzi rozczarowanie, że „obiecał, a nie zrobił”. Jeszcze większym w Polsce problemem jest problem z pamięcią. 4 lata to jak się okazuje wystarczający okres, aby zapomnieć wszelkie winy, grzechy, afery poprzednich władz i stosując odpowiednią socjotechnikę, propagandę tak zniechęcić wyborców do rządzących, aby oddali głos na tych co oszukiwali ich wcześniej. Niestety podział społeczeństwa w Polsce postępuje w zastraszającym tempie stając się zagrożeniem nie tylko dla działań samorządowych, ale dla całego kraju. Politycy w większości nie patrzą na dobro wspólne, ale kierując się wytycznymi partyjnymi oraz co gorsza własnymi chorymi ambicjami dbają wyłącznie o swoje interesy. To grzech, który popełniają zarówno politycy szczebla krajowego jak i lokalni działacze partyjni, a cierpią na tym mieszkańcy. Wzajemne obrzucanie się błotem, wzajemne oskarżanie, a przy tym brak pozytywnych rezultatów własnych działań lub kompletny ich brak są skuteczną metodą zniechęcania wyborców do siebie.

Przykładem może być choćby strefa

Mimo wielokrotnych obietnic w strefie nie pojawił się tam żaden nowy inwestor. Zarówno mieszkańcy Przemyśla, ja sam kiedyś, a nad wyraz chętnie radni opozycji za ten stan rzeczy obarczali i obarczają prezydenta. Może jednak należałoby się zastanowić gdzie leży tego przyczyna? Może warto byłoby, aby szanowni radni przemyscy sami podjęli działania w celu pozyskania takiego inwestora? Samo wpakowanie publicznych pieniędzy w uzbrojenie i podniesienie ręki w głosowaniu to stanowczo za mało. Od radnych, którym niejako powierzamy w ręce nasze wspólne dobro chcielibyśmy oczekiwać czegoś więcej niż lansowania się przy przecinaniu wstęgi i pozowaniu do zdjęć gdziekolwiek się da.
Niedawno przedstawiciele partii rządzącej w mieście wyszli z propozycją, aby przynieść im pomysły na rozwój miasta.... Nie wiem jakie intencje przyświecały tej inicjatywie. Może chęć wsłuchania się w potrzeby mieszkańców ( słuchać wyborcy rzecz święta), może pragnienie pokazania – Halo! Jesteśmy!. W mojej i nie tylko mojej ocenie wyszło to dosyć blado – Nie mamy pomysłu na miasto więc go nam dostarczcie. Może błędnie to interpretuje, ale niestety tak to wygląda. Na usta jednocześnie ciśnie się pytanie dlaczego przez tyle lat współrządzenia miastem nie potrafili znaleźć tego pomysłu na miasto?

W ostatnich wyborach samorządowych startowało kilka komitetów opartych o organizacje nie polityczne, a społeczne. Panu udało się przekroczyć wynik dziesięcioprocentowy. Czy dziś widzi pan potencjał w lokalnych stowarzyszeniach, aby mogły zagrozić komitetom partyjnym?

Oczywiście, że tak. Jak wspomniałem na początku naszej rozmowy w mieszkańcach miasta tkwi olbrzymi, niewykorzystany potencjał. Na każdym kroku można dostrzec sukcesy przemyskich młodych artystów, sportowców, twórców. Są to sukcesy na szczeblu nie tylko krajowym, ale międzynarodowym. To młodzież, w którą powinniśmy inwestować jednocześnie wypracowując mechanizmy, aby zapewnić im w Przemyślu pracę i godne zarobki. Nie możemy pozwolić, aby najbardziej zdolna młodzież zasilała wielkie aglomeracje. Wiem, ze wszystkich nie zatrzymamy, ale starajmy się zrobić wszystko, aby przynajmniej część chciała tu wrócić. Nie patrzę na stowarzyszenia i inicjatywy oddolne z perspektywy tego czy zagrożą danej partii czy nie. Szczerze mówiąc nie chcę się wdawać w wojenki między startującymi komitetami. Jak ich to bawi, niech skaczą sobie do gardeł. My róbmy swoje.
Patrzę na stowarzyszenia jak na siłę , która jest w stanie zmienić rzeczywistość w naszym mieście, wpompować w niego olbrzymi zastrzyk kultury, sztuki, dobrych pomysłów. Patrzę też na lokalnych przedsiębiorców, którzy odnieśli sukcesy w biznesie jak na gabinet doradczy, z którym powinien liczyć się każdy kto wygra wybory.

Jak dziś widzi Pan możliwości rozwoju Przemyśla? Czy Pana poglądy w tej kwestii zmieniły się jakoś od ostatnich wyborów samorządowych?

Jak już wspomniałem mimo posiadania w ręku wszelkich atrybutów do lokowania w strefie potencjalnych inwestorów do dziś takowych nie ma i należy gruntownie przeanalizować tego przyczynę i podjąć próby ich pozyskania. Mój przyjaciel, były Prezydent Stalowej Woli, Andrzej Szlęzak, aby pozyskać inwestorów po prostu do nich jeździł i zachęcał. Poza tym potrafił stworzyć takie mechanizmy funkcjonowania podległych mu komórek, że inwestor po prostu chciał tam rozszerzać swój biznes wiedząc, że nie będzie odbijał się od urzędniczej nieprzychylności. Nie ma co wyważać otwartych drzwi. Trzeba brać przykład.

Lecz przemyska gospodarka, to nie tylko strefa

I właśnie, ja jednocześnie chciałbym zrealizować kierunek, o którym mówiłem w ostatnich wyborach – turystyka i mówiąc o tej dziedzinie mówię o niej jako dziedzinie przemysłu. Czy inwestor budujący hotel i zatrudniający kilkadziesiąt osób jest gorszy od tego co wybuduje na przykład zakład produkujący łożyska i zatrudni taką samą liczbę osób? Czy inwestorzy otwierający bary, restauracje, hostele, noclegownie są w czymś gorsi? Mają dodatkowy atrybut dla polityki miasta – płacą podatki ( w strefie są zwolnieni z części świadczeń) i mogą rekrutować się spośród mieszkańców miasta co budzi aktywność społeczną, samo zatrudnienie itp. Poza tym nie wyobrażam sobie funkcjonowania miasta bez koordynacji działań i wspólnej promocji z powiatem, a uściślając z ościennymi gminami. Dopiero razem, mając taki potencjał możemy stworzyć produkt o, którym myślimy. Działanie wspólne niesie ze sobą wiele same korzyści i leży w interesie zarówno miasta jak i gmin. Mamy wiele pomysłów odnośnie takich dziedzin jak edukacja na poziomie średnim i wyższym i wiele innych pomysłów, których nie chciałbym sprzedawać na tym etapie, a które tworzą ze sobą pewną nierozerwalną całość i strategię, której nam tak bardzo brakuje.

Brzmi to dość optymistycznie. Czy rzeczywiście wierzy Pan, że to wystarczy, aby odblokować rozwój Przemyśla?

Nie ma się co oszukiwać. Ktokolwiek wygra wybory będzie miał niezwykle ciężkie zadanie i ciężką sytuację finansową i kończącą się perspektywę finansowania projektów ze środków UE. Nie tragizowałbym jednak tej kwestii. Chiny nie są w Unii, a są wiodącą gospodarką światową.
Dlatego należy kierować miastem jak firmą w ciężkiej kondycji finansowej. Nakreślić główny cel, strategię, następnie działania taktyczne i operacyjne prowadzące do realizacji celu strategicznego. Przede wszystkim należy zacząć od analizy wydatków i optymalizacji kosztów w każdej sferze.
Jeszcze raz podkreślam, że prawdziwy potencjał tkwi w mieszkańcach i ten kto będzie potrafił zaangażować ich do tworzenia wspólnego dobra, zrobi więcej niż pozornie może się wydawać.

Dziękuję za rozmowę, a swoim internetowym wyborcom za okazane zaufanie.

z Mirosławem Majkowskim rozmawiał Piotr Gdula

Fotografie z archiwum Mirosława Majkowskiego


Iluzjonista z Przemyśla przenosi widzów w sferę magii [zdjęcia]

Magia to nie tylko sfera dzieci, bo kto z nas dorosłych nie lubi być zaskakiwany, odrywany od rzeczywistości i przenoszony w nieco inny, nie do końca zrozumiały dla nas świat. Takich wrażeń swoich widzom dostarcza Przemyślanin, iluzjonista Łukasz Kupiniak, który swoimi sztuczkami bawi i zadziwia, a przy okazji swoich występów też promuje nasze miasto.

Przygoda Łukasza Kupiniaka ze światem magii rozpoczęła się, gdy miał 6 lat. Wtedy to dziadek pokazał mu sztuczkę z zapałkami.

Zafascynowała mnie. Dziadek podpowiedział mi kierunek, w którym powinienem podążać żeby ją odgadnąć, ale nie udało mi się samemu dlatego też pomógł mi. Było to pierwsze takie pchnięcie żeby pokazać ludziom coś czego nie mogą wytłumaczyć. - mówi Łukasz Kupiniak.

Później nastąpiła długa przerwa, czasami tylko oglądał występy znanych iluzjonistów. Do iluzji powrócił na I roku studiów.
Przed sesją, mając nieco wolnego czasu zacząłem wdrążać się trochę w ten świat. Kupiłem pierwsze dwie talie kart, które z sentymentu mam do dziś. Pierwszym krokiem były podstawowe triki, znałem kilka patentów, które kiedyś pokazał mi dziadek, ale były to dość proste sztuczki. Zacząłem brnąć w to wszystko. Wtedy też w Krakowie pojawiły się spotkania dla iluzjonistów, w których uczestniczyłem. Powoli, systematyczną pracą, czasem 7-8 godz. dziennie uczyłem się trików, początkowo karcianych. Nabywałem zręczności, ćwiczyłem nowe ruchy – opowiada Łukasz.

Łukasz Kupiniak wraz z kolegami, z Mateuszem Sawiczem, Dawidem Stasiło założyli w Przemyślu grupę Triple Magic. Rok temu można było ich zobaczyć na pikniku charytatywnym. Występowali także m.in. w Galerii Sanowa, Przemyskiej Bibliotece Publicznej oraz na wielu imprezach firmowych. Można ich też spotkać na przemyskim Rynku, gdzie swoje triki pokazują przechodniom. Specjalizują się w sztuczkach z kartami, ale także w mentalizmie oraz mikroiluzji. Wykonują efekty iluzjonistyczne z różnego rodzaju przedmiotami codziennego użytku, szybkie manipulacje.

Występ to nie tylko pokaz trików, ale także właściwe podejście do widza, nawiązanie z nim kontaktu. Osoby starsze są bardziej wymagające, przemawiają do nich bardziej przepowiednie, z kolei dzieci łatwiej jest zaskoczyć, dla nich potrzebne są efekty bardzo widowiskowe "pojawianie i znikanie". - opowiada przemyski iluzjonista.
Nowe sztuczki testuje na swojej dziewczynie, która pomaga mu oceniając je. Gronem jego fanów jest też najbliższa rodzina, która wspierając go daje miu motywację do dalszego działania.

Nie wzoruję się na kimś. Iluzja jest sztuką, w której trzeba wykazać się bardzo dużą kreatywnością. Chcemy cały czas tworzyć coś nowego, dążymy do tego aby każdy efekt był bezpośrednio nasz. - dodaje Łukasz.

Obecnie Łukasz studiuje na V roku zarządzania i inżynierii produkcji Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie i pracuje w branży automotive, jednak nie wyklucza związania swojej przyszłości z iluzją.
Jest to moja pasja. Lubię efekty, które skupiają się na dużej zręczności, fascynuje mnie możliwość czytania w myślach i mentalizm. Iluzja daje mi możliwość robienia tego co zawsze chciałem – zaskakiwania ludzi. W iluzji piękna jest ta magia, tajemnica, inny świat, do którego przeciętny człowiek nie ma dostępu. Przez występy chcę też wyrazić siebie, to co czuję. Daje mi to również możliwość rozwijania się, pod względem umysłowym, a przede wszystkim kreatywności, uczena się innego spojrzenie na różne rzeczy, na rzeczywistość. - mówi Łukasz.

Podczas występów zdarzają się też wpadki, jednak dzięki improwizacji i wiedzy o tym co się za chwilę wydarzy jest wstanie z nich wybrnąć. Nie zdradza jednak sposobu wykonywania sztuczek ponieważ, jest to jego ciężka praca.

W grudniu Łukasz razem z Mateuszem planują występ jednym z przemyskich klubów. O szczegółach tego wydarzenia poinformujemy Państwa już niebawem.

Wszystkich zainteresowanych sztuką iluzji zapraszamy na profil przemyskiego magika
https://facebook.com/lukasz.kupiniak/ oraz do obejrzenia krótkiego filmiku

Anna Fortuna


Przemyski Niecodziennik Marka Niedźwieckiego - W urzędzie

Wypadła mi do załatwienia sprawa w urzędzie w moim mieście. Wstałem wcześnie i zaraz po godzinie otwarcia zjawiłem się u drzwi opatrzonych urzędową tabliczką.

Nie byłem jednak pierwszy - chyba piąty, choć ciężko było się doliczyć bo co niektórzy przybyli stadnie. Drzwi zostały otwarte i pojedynczo zaczęto przyjmować nas - petentów (choć słowo nas jest tu troszkę na wyrost, bo jak pisałem przyjmowano po jednej osobie na raz). Na swoja kolej czekałem dobrze ponad dwie godziny. W międzyczasie przybywały kolejne tłumy interesantów. Każdy nowo przybyły ze zdziwienia otwierał oczy, bo pod urzędowymi drzwiami tłok gęstniał złowieszczo, a wizja sterczenia tu godzinami wzbudzała w ludziach co raz to większą nerwowość. Ktoś zakrzyczał "tak być nie może! Przecież tu od lat zawsze są tłumy! Czy nie można tego jakoś załatwić? Idę do naczelnika" I poszedł ale jakoś po powrocie sprawa ani trochę się nie rozwiązała. Tłum gęstniał. "Jak za komuny!" - zakrzyczał ktoś od progu również niezadowolony z wizji długiego oczekiwania. Wyszedł wreszcie pierwszy załatwiony, więc zdenerwowani ludzie pytają czemu tak długo? " Panie, okienek siedem, urzędników dwoje.... Pani przyjmuje, a mruk coś pisze i odgania. W końcu "mruk" poprosił znajomego, przekazał mu komplet dokumentów i gdy wrócił również odsłonił lufcik w okienku. Ruszyło. Gdy przyszła moja kolej pani w sympatyczny sposób załatwiła moja sprawę z uśmiechem i kompetentnym wyjaśnieniem zawiłości. Choć na koniec jakiś miły akcent....

Marek Niedźwiecki


Krzysztof Iwaneczko o swoich planach, marzeniach i licytacji statuetki

Występ podczas koncertu sylwestrowego we Wrocławiu, trasa koncertowa i nagranie płyty oraz pogodzenie tego wszystkiego ze studiami, to najbliższe plany Krzysztofa Iwaneczko, zwycięzcy szóstej edycji "The Voice of Poland". Pomimo sukcesu jaki odniósł wciąż to ten sam ambitny, skromny 20 -letni chłopak z Przemyśla, co udowodnił podczas konferencji prasowej w naszym mieście.

Szczerze mówiąc, to do dzisiaj nie czuję się "The Voice of Poland", cały czas mam świadomość, że w okół mnie jest tylu wspaniałych wokalistów, którzy już zdobyli ten tytuł albo zaraz zdobędą - mówił podczas konferencji prasowej w Przemyślu Krzysztof Iwaneczko, laureat szóstej edycji "The Voice of Poland" - Za mało osiągnąłem, żeby być czyimś idolem.

"The Voice of Poland", to dla artysty z Przemyśla tylko program i od początku miał do niego stosunek z przymrużeniem oka. Podczas trwania programu otoczył się wspaniałymi ludźmi, którzy pomagają mu do dziś, aby sprawy artystyczne były zawsze na pierwszym miejscu. Oni również pokazali mu, że wiele z jego pomysłów jest po prostu nie trafionych czy też złych.

IMG_3831-HDR(1)_Default

Jaki był dla niego najtrudniejszy moment podczas programu? Gdy wydawało mu się, że ma mocną psychikę. Starał się nie interesować się za dużo ani komplementami, które jak mówi spadły nieoczekiwanie po pierwszym etapie ani też tymi gorszymi opiniami. Był to nieistotne. Jednak gdy sam rozpisał aranż do utworu Seweryna Krajewskiego "Uciekaj moje serce" i posypała się fala krytyki, wtedy pierwszy raz przekonałem się jak warto zachować wielki dystans do tego typu programów – zauważa artysta. Był to też moment, gdy nagle ludzie zaczęli wchodzić w jego życie prywatne. Musiał się oswoić, że będzie teraz oceniany przez pryzmat tego programu, była to dla mnie szkoła życia, co dzielić przez pół, czym się nie przejmować wyjaśnia Krzysztof - Później było wiele takich momentów, przyjmuję je z pokorą i uśmiechem. Gdyby kiedyś mi odbiło to zapraszam Państwa do wylania kubła zimnej wody.

A jaki był nastrój Krzysztofa podczas nagrywania programu? W programie nie obawiałem się nikogo dlatego, że dla mnie na prawdę ten konkurs mógł się zakończyć po przesłuchaniach w ciemno, nigdy nie skupiłem się na tym aby tą statuetkę mieć. Jego sposób na program, to skupianie się na każdym kolejnym wykonaniu. Pozwoliło mu to szanować, ale nie bać się swoich konkurentów. Kiedy awansowałem do finału przestraszyłem się, był strach, miałem odpaść przecież. Przemyślanin przyznał,  że uwielbia scenę, światła i profesjonalizm, którego nie brakowało w tym programie. Trochę mnie to boli, że trzeba pójść do takiego programu żeby udowodnić swoją wartość – dodał.

Wokalista podkreślił, że nie byłby w tym miejscu, w którym jest teraz gdyby nie nauczyciele ze Szkoły Muzycznej, do której uczęszczał. - Mam wspaniałych pedagogów, którzy bardzo mnie wspierali i wspierają w tym co robię. Myślę, że to klucz do sukcesu. Osoby, które w momentach kryzysowych wyciągały pomocną dłoń i wierzyły w niego, za co im bardzo dziękuje, to Paweł Walciszewski, Jadwiga Pawłucka i Wiesław Semków. Podziękowania należą się również dyrektor przemyskiego Centrum Kultury i Nauki ZAMEK Renacie Nowakowskiej. Artysta ma nadzieję, że niebawem uda mu się właśnie na scenie Zamku zagrać koncert.

Gra koncerty, które zaplanowane ma do końca marca. Najbliższy jego występ będzie miał miejsce podczas koncertu sylwestrowego we Wrocławiu, a który to zostanie wyemitowany na antenie TVP 2.

W styczniu rozpocznie nagrywanie płyty. Jak sam przyznał, pracy jest bardzo dużo, ale musi ją pogodzić ze studiami. Wcześniej nie zdecydował się na udział w programie właśnie ze względu na nie. Co do samego kontraktu,  nie na wiele sobie pozwoli, na pewno nie zgodzi się na coś co będzie godziło w jego naturalność.

Wygraną w programie statuetkę przekazał na licytację, na rzecz dzieci ze Specjalnego Ośrodka Szkolno - Wychowawczego nr 1 w Przemyślu. Chciałby aby jak największa liczba osób przyłączyła się do licytacji, sam również weźmie w niej udział anonimowo. Z Ośrodkiem jest związany od najmłodszych lat. - Znam tych ludzi, wiem jacy są, jak czasem potrzebują jakiegoś bodźca . Niektórzy z nich to moi przyjaciele. Zostawiłem tą statuetkę w samochodzie, nie mógłbym zasnąć jeżeli stała by nad moim łóżkiem. Taką statuetkę za pół roku będzie miał ktoś inny. Jeżeli mogę w ten sposób komuś pomóc, to dlaczego nie.

Tegoroczne Święta były dla niego szczególnie wyczekiwane, to czas by nie rozmawiać o muzyce, a pobyć po prostu razem z najbliższymi.

Anna Fortuna


70 lat szkoły medycznej w Przemyślu. Rozmowa z dyrektor placówki Danutą Suchorzepką

Szkoła medyczna w Przemyślu w tym roku obchodzi swój jubileusz 70 -lecia. O tym jak zmieniała się na przestrzeni lat i co obecnie ma do zaoferowania opowiedziała nam jej dyrektor pani Danuta Suchorzepka.

Pani dyrektor, w tym roku szkoła medyczna w Przemyślu kończy 70 lat. To kawał historii. Czy byłaby Pani w stanie przybliżyć na kilka najważniejszych momentów w historii szkoły?

W historii Szkoły Medycznej jest wiele dat i momentów, które miały na nią wpływ, ale wśród nich najważniejszy jest dzień, w którym ta szkoła powstała, czyli 3 stycznia 1945 roku. Tego dnia zaczęła działać Państwowa Szkoła Higienistek i Położnych w Przemyślu, a jej dyrektorem został dr Stefan Kaczor. W dniu 15 września 1946 r. powstała Wojewódzka Szkoła Pielęgniarska, w której dyrektorem do roku 1949 była siostra zakonna Świętosława Chowaniec. W pierwszych latach funkcjonowania szkoły nauczały w niej siostry zakonne, które mimo braku wykształcenia pedagogicznego były wspaniałymi nauczycielkami.

Kolejny istotny moment, to rok szkolny 1959/1960 kiedy to utworzono Liceum Pielęgniarstwa, do którego przyjmowano dziewczęta po ukończeniu szkoły podstawowej. W 1971 r. powstaje Zespół Szkół Medycznych im. 25 -lecia PRL, w skład którego weszły dotychczasowe szkoły.

W 1991 roku szkole nadano imię Jadwigi Iżyckiej, inicjatorki kształcenia akademickiego pielęgniarek, współzałożycielki PTP.

Z ważnych wydarzeń, które zapisują się w kartach historii szkoły i na pewno wzmacniają jej pozycję wśród innych, to na pewno rozszerzenie kształcenia o takie zawody jak : ratownik medyczny, technik fizjoterapii, terapeuta zajęciowy, opiekun medyczny, opiekunka środowiskowa oraz włączenie do szkoły Medycznego Studium Zawodowego z kierunkami kształcenia technik analityki medycznej i technik farmaceutyczny.

med1

Co wyróżnia tę placówkę? Jaka jest przyczyna, że przemyski medyk to szkoła wykątkowa na tle innych ?

Jest to najstarsza ze szkół medycznych na Podkarpaciu. Do tej pory kształciliśmy łącznie w 16 zawodach, które przygotowują naszych absolwentów do pracy z drugim człowiekiem. Dlatego też muszą być oni wszechstronnie przygotowani. Nauka rozpoczyna się od dokładnego poznania ciała i duszy człowieka. Następnie przekazywana jest wiedza o chorobach, a kolejny krok to przygotowanie do rozpoznawania chorób, leczenia i pielęgnacji pacjentów. Niezależnie jednak od przedmiotu nauczania oraz etapu edukacji zawsze największą wagę przykładaliśmy do kształtowania u nich postawy odpowiedzialności za swoje działania. Odpowiedzialność za zdrowie i życie drugiego człowieka, to podstawa w zawodach medycznych.

Dysponujemy doskonałą bazę dydaktyczną z wieloma pracowniami wyposażonymi w specjalistyczny sprzęt dla każdego zawodu, w którym kształcimy. A uczniowie nasi odbywają praktyki i staże w placówkach na terenie całego miasta .

Od roku 2006 nasza koła posiada status ośrodka egzaminacyjnego.

Czy posiada Pani wiedzę na temat absolwentów szkoły?

Nie posiadam udokumentowanych statystyk badających losy absolwentów, ale z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że większość średniego personelu medycznego w szpitalach, przychodniach, aptekach, zakładach rehabilitacji, zakładach opiekuńczych i leczniczych dla osób starszych i niepełnosprawnych w Przemyślu oraz w powiecie i nie tylko w przemyskim to nasi wychowankowie.

Wszyscy ratownicy medyczni, którzy docierają karetką pogotowia do wypadku lub na wezwanie chorego w naszym mieście i powiatach ościennych to też nasi absolwenci. Niektórzy z nich kończąc u nas naukę kontynuują ją później na studiach wyższych. Spora część jednak pracuje w zawodzie poza granicami kraju co potwierdza liczba nostryfikowanych dyplomów w szkole oraz informacje z wielu innych źródeł. Wielu z nich przekazuje teraz wiedzę następnym pokoleniom ucząc w szkołach medycznych lub też uczelniach. Obecnie wśród nauczycieli naszego grona aż 48 % to absolwenci tej jubilatki.

med2

Z czego są Państwo najbardziej dumni ?

Największą naszą dumą, to długoletnia tradycja kształcenia oraz liczba absolwentów – 9995. Jesteśmy również dumni z jakości swojej pracy co potwierdzają liczne informacje o profesjonalnym przygotowaniu zawodowym naszych wychowanków. Zadowalające jest dla nas także, że pomimo wielu trudności, reform czy też konkurencyjności nadal kształcimy, a do tego możemy się pochwalić wysoką zdawalnością egzaminu potwierdzającego kwalifikacje zawodowe.

Jako dyrektor dumna jestem z pracy zespołu, na który zawsze mogę liczyć, a wyzwania, które przed nami stają wspólnie realizujemy osiągając zamierzone cele.

med3

Samo osiągnięcie wieku 70 lat to już spore dokonanie. Jednak prosiłabym o przedstawienie kilku innych ważnych osiągnięć szkoły.

Było ich wiele, w tym te związane z udziałem szkoły w olimpiadach pielęgniarskich, w których to nasi uczniowie zostawali laureatami. W 1987 r. szkoła otrzymała puchar za wieloletnie uczestnictwo w olimpiadach. Podium zdobywane było również na konkursach szkolnych województwa podkarpackiego w zakresie promocji zdrowia. Mamy wspaniały dorobek w zakresie współpracy szkoły ze środowiskiem lokalnym. Szerzyliśmy oświatę zdrowotną od początku istnienia szkoły a od lat 70-ych ubiegłego stulecia włączaliśmy w profilaktykę chorób nowotworowych, na szeroką skalę realizowaliśmy program samokontroli piersi. Jednak najwięcej osób nauczyliśmy jak udzielać pierwszej pomocy. Osiągaliśmy również sukcesy w dziedzinie kulturalnej zdobywając nagrody i wyróżnienia na festiwalach od 1975 roku aż do 1985.

Szkoła włącza się czynnie do akcji charytatywnych, wolontariatu ( WOŚP, DKMS, Dzień Seniora itp. ). Wspaniałym i zaszczytnym wyróżnieniem dla nas jest otrzymanie Odznaki Honorowej PCK II stopnia, a dla nauczyciela Medalu 55 -lecia Honorowego Krwiodawstwa.

med4

Współczesne oblicze szkoły to...?

W ostatnich latach nasza szkoła przeszła wiele zmian dostosowując się do reformy szkolnictwa zawodowego. Wprowadzone zmiany m.in.: uelastyczniają system kształcenia, umożliwiają podnoszenie czy też zmianę kwalifikacji zawodowych osób dorosłych.

Obecnie szkoła musi być elastyczna, różnorodna, dostosowywać się do potrzeb środowiska lokalnego. Myślę, że spełniamy te oczekiwania społeczne. Młodzież szkolimy w zawodach : technik farmaceutyczny, technik masażysta, opiekunka dziecięca, terapeuta zajęciowy, technik elektroradiolog. Dla dorosłych mamy kierunki takie jak : opiekun medyczny, opiekun w DPS, technik usług kosmetycznych, technik sterylizacji medycznej, opiekunka dziecięca. Prowadzimy również kursy w zawodzie asystent osoby niepełnosprawnej.

Zamierzamy również przygotować ofertę kształcenia dla form pozaszkolnych w zakresie kursów umożliwiających uzyskanie i uzupełnianie wiedzy, umiejętności z udzielania pierwszej pomocy, masażu, pielęgnacji i wizażu.

Rozmawiała Anna Fortuna

fot. Archiwum własne szkoły