Anastazja, dziedziczka carów Rosji?

Kiedy lutowej nocy 1920 roku berlińscy policjanci uratowali z rzeki niedoszłą samobójczynię nawet nie przypuszczali, że oto właśnie przyczynili się do powstania jednej z największych tajemnic XX wieku.

W  nocy z 16 na 17 lipca 1918 roku, w odległej Rosji nowa władza dokonywała usankcjonowania przejęcia rządów. Skutkiem tego w Jekaterynburgu  oddział egzekucyjny złożony z członków CzeKa dokonał zabójstwa Cara Mikołaja II Romanowa, jego żony oraz piątki dzieci. Ciała carskiej rodziny zostały  ukryte na długie lata co przyczyniło się do powstania wielu domysłów, niedomówień oraz mitów…… Jeden z nich miał właśnie powstać we wspomnianym wyżej Berlinie.

Kobieta wyłowiona z rzeki po dojściu do zdrowia została skierowana do szpitala psychiatrycznego z powodu utraty mowy. Na podstawie wyglądu i zachowania lekarze uznali, ze prawdopodobnie  z pochodzenia jest Rosjanką. Po wyjściu ze szpitala tajemnicza kobieta znalazła gościnę u Barona Arthura von Kleista. Ten zadbał by miała kontakt z Rosjanami co miało pomóc w jej szybszym powrocie do zdrowia. Po kilku miesiącach kobieta wreszcie odzyskała mowę, lecz słowa, które wówczas wypowiedziała wstrząsnęły prawie całą ówczesną Europą – jestem księżna Anastazja Romanowa, córka Cara wszech Rosji  Mikołaja II.

Początkowo nie dawano wiary słowom niedoszłej topielicy, lecz ta przy wielu okazjach dzieliła się dość szczegółową wiedzą nt carskiego dworu oraz zwyczajów carskiej rodziny. To dało ludziom wiele do myślenia. Po jakimś czasie do „Anastazji” zaczęli przybywać wysłannicy krewnych Romanowów by potwierdzić lub wykluczyć jej ewentualne, wysokie pochodzenie. Okazało się to jednak na tyle trudne, że nawet oni  nie potrafili zająć jednoznacznego stanowiska.  Kobieta podająca się za carównę miała z nią bardzo wiele wspólnych cech anatomicznych. Twarz, figura, a nawet defekt lewej stopy utrudniały podniesienie zarzutów oszustwa.

Sensacyjna wiadomość o uratowanej cudem spadkobierczyni rodu Romanowów rozniosła się echem najpierw na całe Niemcy, a później dotarła nawet za ocean. Tam to właśnie kolejna krewna Romanowów uznała w kobiecie Anastazję  i zaprosiła do Ameryki. Tutaj domniemana Anastazja wiodła dostatnie życie, które niestety wymagało sporych nakładów finansowych….. Anna Anderson – bo taki pseudonim obrała sobie „Anastazja” rozpoczęła sądową batalię o prawa do majątku Romanowów. Arystokratyczna rodzina nie dawała jednak za wygraną więc proces trwał nieustannie do 1984 roku, w którym to „Anastazja” zmarła nie odnosząc sądowego sukcesu.

W trakcie śledztwa rodzina Romanowów wynajęła detektywa, który ustalił, że domniemana księżna jest jednak oszustką. W wyniku poszukiwań odkrył on, że kobieta naprawdę nazywała się Franciszka Szanckowska i była robotnicą w berlińskiej fabryce. Pochodziła z Polski, a ściślej z Kaszub. Ta wersja jednak nie miała niezbitego potwierdzenia. Rozwiązanie zagadki dał dopiero postęp w dziedzinie badań DNA oraz odkrycie miejsca pochowania szczątków rodziny Romanow.  Upadek ZSRR spowodował, że na nowo zainteresowano się sprawą ukrycia zwłok carskiej rodziny.

W wyniku drobiazgowego śledztwa udało się odszukać wszystkie ciała zamordowanych władców. Przy tej okazji porównano również kod DNA Anny Anderson z kodem szczątków wydobytych z ziemi pod Jekaterynburgiem. Były diametralnie różne, inaczej jednak było z DNA członków rodziny Szanckowskich, tu zbieżność była bardzo wysoka.
Tak oto nauka przyczyniła się do rozwiązania jednego z największych oszustw XX wieku.

Marek Niedźwiecki


Moje stare miasto Przemyśl

Mieszkam w tym moim starym mieście już prawie pół wieku. Miasto moje jest leciwe. Ponoć pierwsze wzmianki o Przemyślu jako grodzie pojawiły się w zapiskach już w IX wieku. Jakiś kronikarz, którego imienia już nie pamiętam pisał o lechickim grodzie nad Sanem. Jednak nie o tej historycznej starości Przemyśla chcę dziś napisać lecz o tej aktualnej, dzisiejszej…

Jakiś czas temu umówiłem się ze znajomym, że odbiorę go spod domu na jednym z przemyskich osiedli. Zjawiłem się o umówionej, porannej porze przed blokiem. Znajomy nie bardzo spieszył się z wyjściem na spotkanie więc cierpliwie czekałem w samochodzie. Z nudów patrzyłem na okna mieszkań. Ludzie właśnie witali nowy dzień. Rozpoczął się rytuał odsłaniania okien i podnoszenia rolet i żaluzji. Nie ma w tym niby nic dziwnego ale moje oczy dojrzały jedną powtarzająca się prawidłowość. Każde okno odsłaniała osoba w podeszłym wieku…. Odsłoniło się kilkanaście okien i nie dojrzałem ani jednej twarzy młodego człowieka. Przykre i smutne zarazem. Od tego momentu rozglądałem się baczniej.

Na moim osiedlu jest identycznie. Ostatnio zmarli moi bliscy sąsiedzi. Mieszkanie od pół roku stoi puste bo nikt młody się nie wprowadził…. Co się dzieje z tym miastem?

Spotkałem znajomych w podeszłym wieku. Rozmawialiśmy serdecznie bo przecież znamy się od lat. W trakcie rozmowy oznajmili mi, że pewnie już rzadko będzie okazja się spotkać bo sprzedają mieszkanie i wyjeżdżają na Śląsk za dziećmi. Tu nic ich już nie trzyma. Opieki nie mają bo dzieci po studiach nie wróciły. Na dom opieki ich nie stać bo mają za niską emeryturę, a Gmina nie chce dopłacać, a jeśli już to nie tam gdzie by chcieli bo ludzkie warunki opieki dla starych ludzi zbyt drogo kosztują…. Zapaść i tylko ręce załamać.

Ciekawe, że wprowadzono populistyczny program 500 plus i na to są pieniądze. Kobiety dzięki temu często rezygnują z pracy zarobkowej, bo po co pracować, skoro na każde kolejne dziecko dostaną pieniądze pomniejszając przez to przychód skarbu państwa choćby z podatku dochodowego. Na to są pieniądze, bo przecież wszystkim nam wiadomo, że każda taka matka to potencjalny, kupiony wyborca za pieniądze nas wszystkich. Człowiek stary, nieproduktywny, nierokujący, jak mówią lekarze. Taki człowiek nie stanowi siły politycznej, nie jest niczym innym prócz ciężaru dla bliskich i władz lokalnych.
Mieszkamy tu gdzie mieszkamy. Miasto od lat się wyludnia… Kolejna znajoma, która kilka lat temu urodziła dziecko powiedziała, że po to by jej maluch pobawił się z innymi dziećmi na placu zabaw musi iść na inne osiedle bo na tym, na który mieszka nie ma małych dzieci….

Na zakończenie tego smutnego pisania chcę uświadomić nam wszystkim, że za chwilę zostanie nas tu garstka tych co mimo wszystko i pomimo wszystkiego pozostają. Wyjechali młodzi,  wyjeżdżają i starzy.

Czas coś zmienić!!!!!!!!!

Marek Niedźwiecki

fot. kolaż (pixabay, Portal Przemyski)

Marek Niedźwiecki

Poglądy wyrażone w tekstach pisanych w ramach blogu Portalu Przemyskiego są osobistymi poglądami autorów i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji. Blogi ukazujące się na naszych łamach mają na celu umożliwienie mieszkańcom Przemyśla podzielenia się własną wiedzą, doświadczeniami oraz opiniami na temat miasta i spraw jego dotyczących.


Przemyśl z potencjałem, ale i tak zapomniany. A czy nie mógłby się stać polską "Krzemową Doliną"?

Znamy walory naszego miasta. Piękne, urokliwe z wielowiekową tradycją. Jednak te niezaprzeczalne atuty jakoś wcale nie wpływają na jego rozwój czy wzrost popularności wśród polskich obieżyświatów.

Co więcej, ciągle słyszymy słuszne zarzuty, że miasto ustawicznie się wyludnia. Nie dziwi mnie to, przecież mój własny syn również po studiach znalazł pracę w dużym mieście i tu pojawia się tylko na święta. Brak pracy, brak perspektyw, niskie zarobki i masa bezrobotnych z CV w ręku pod bramą prawie każdego prosperującego u nas zakładu, powoduje zamknięcie pętli, tak wokół szyi mieszkańców, jaki i finansowej, w sensie wysokości zarobków oferowanych przez przemyskich pracodawców.

Prawie w każdej dziedzinie Polska została podzielona na kategorie zarobków A,B,C…. oraz Z, jak u nas. Czy są jakieś alternatywne wyjścia z tego impasu? Czy nawet tutaj można zarabiać przyzwoicie? Można, jedyną szansą dla młodych jest wykształcenie informatyczne. Informatyka to domena ludzi głównie młodych. Dziedzina nowa, która z dnia na dzień staje się poważną nauką, która ma coraz mniej wspólnego z głupkowatą grą komputerową… Firmy tej branży nie mają ograniczeń terytorialnych. Można być informatykiem z Przemyśla i wdrażać oprogramowanie dla klienta w Nowym Yorku, Londynie czy Dubaju.

Skąd wiem? Proste – sam tak robiłem. Właśnie przeszukałem Internet by wyszukać miasta w Polsce jednoznacznie kojarzone z informatyką. Dziwne ale nie znalazłem polskiej „krzemowej doliny”. Może czas pomyśleć? Może czas zainwestować w tą branżę ale mierząc nieco wyżej i dalej niż nasze przemyskie zapotrzebowanie? Będę od teraz myślał nad tym kierunkiem bardzo intensywnie. Będę szukał możliwości rozwoju właśnie w szeroko pojętej informatyce. Warto się zastanowić, warto poszukać rozwiązań tu, lokalnie, które mogą się stać przyszłością przynajmniej części naszego miasta.

W obecnej dobie rozwoju i nowoczesności mało ludzi szukając np. wakacji idzie do biblioteki by obrać kierunek wyjazdu. Teraz wystarczy zaklikać w klawiaturę, a jasny monitor wyświetli nazwy miejsc, które warto zwiedzić. Nie ma wśród nich Przemyśla, a nawet jeśli jest, to na bardzo odległych pozycjach. Miasto musi zainwestować w promocję dzięki rozwiązaniom informatycznym. Dobra strona internetowa potrafi zdziałać więcej niż tysiące ulotek i folderów lądujących najczęściej w śmietniku, jeszcze przed dokładnym przeczytaniem. Ale do tego w Urzędzie Miejskim musi powstać prawdziwy dział promocji naszego miasta złożony również z młodych, zdolnych informatyków, a nie jak się dotąd utarło –„ urzędników państwowych, piątej kategorii”……

Marek Niedźwiecki

Poglądy wyrażone w tekstach pisanych w ramach blogu Portalu Przemyskiego są osobistymi poglądami autorów i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji. Blogi ukazujące się na naszych łamach mają na celu umożliwienie mieszkańcom Przemyśla podzielenia się własną wiedzą, doświadczeniami oraz opiniami na temat miasta i spraw jego dotyczących.


Wojna Niemców z Niemcami o przemyskich Żydów.

Major Max Lidtke wszedł zamaszystym krokiem do budynku komendantury miasta Przemyśla. Lipcowe słońce mocno oświecało szerokie korytarze. W budynku panował gwar. Żołnierze załatwiali swoje służbowe sprawy, a cywile pełniący służby porządkowe poruszali się powolnie wykonując obowiązki. Major wszedł do swego nowego biura i zasiadł w wygodnym fotelu komendanta miasta.

Był tu od niedawna. Dopiero rozpoczynał urzędowanie i ogólnie ogarniał sytuację panującą w mieście. Jego zastępca porucznik Battel dokładnie zrelacjonował mu realia okupowanego Przemyśla. To właśnie od niego dowiedział się, że to piękne miasto zostało podzielone na część aryjską i dzielnicę żydowską zwaną gettem. Battel znany był w Niemczech ze swej sympatii do Żydów, za zbytnie się z nimi spoufalanie dostał nawet naganę przełożonych, ale jako z zawodu adwokat, po prostu nie potrafił inaczej. Jego pozytywny stosunek do tej narodowości przełożył się na sytuację Żydów w przemyskim gettcie. Utworzył on mianowicie grupy pracownicze, a na terenie getta zakłady rzemieślnicze, szwalnie, blacharnie itp. Wybrani Żydzi pracowali w nich dla Wehrmahtu i dzięki temu posiadali specjalne kennkarty chroniące ich od represji ze strony policji, SS czy gestapo.

Major Lidtke akceptował zastaną sytuację, sam również jeszcze przed wojną był represjonowany za zbytnie krytykowanie nazizmu. Brygady pracowały w pocie czoła, a Werhmaht dbał o nich, karmił i leczył. Jednak komendant garnizonu nie zdawał sobie sprawy jak krucha jest ta pozorna cisza.

Parę miesięcy wcześniej bo 20 stycznia 1942 roku w podberliśkiej willi przedstawiono przybyłym gościom plan szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy planowanej eksterminacji 11 milionów europejskich Żydów o kryptonimie Operacja Reinhard. W myśl ustaleń nadano służbom policyjnym specjalne uprawnienia, by te mogły bez przeszkód realizować rozkazy.

22 lipca 1942 r. nowo przybyły pełnomocnik wyższego dowódcy SS SS-Hauptsturmführer Martin Fellenz zwołał naradę u starosty przemyskiego dra Herbiga. Celem było oznajmienie, że operacja Reinhard zostanie przeprowadzona również w Przemyślu. 26 lipca 1942 roku o 8 rano rozpocznie się deportacja mieszkańców getta. Podczas spotkania uzgodniono wszystkie szczegóły akcji i rozdano kompetencje i rozkazy jej uczestnikom, jednak nie wszystkie zainteresowane strony zostały na nie zaproszone. Celowo pominięto komendanta miasta Przemyśla majora Maxa Lidtke oraz jego zastępcę porucznika, doktora Alberta Battela. Od tej chwili Wehrmacht oficjalnie stracił kontrolę nad przemyskim gettem i wszystkimi jego mieszkańcami…

W sobotę 25 lipca mieszkańcy getta spostrzegli kordony policji otaczające dzielnicę. Wystraszeni ludzie przekazywali sobie informację, że nazajutrz rozpocznie się przesiedlenie. W praktyce oznaczało to obóz zagłady. Obwieszczono im, że uległy unieważnieniu wszystkie dokumenty nadane przez Wehrmacht, od tego momentu skończyły się wszelkie przywileje. Nielicznym przysługiwały one nadal, ale musiały być potwierdzone przez Gestapo.

Było około 5 rano w niedzielę 26 lipca, kiedy dr Battela obudziło mocne łomotanie do drzwi jego prywatnej kwatery. Porucznik otworzył i oczom jego ukazał się znajomy Żyd, który z narażeniem życia przedostał się przez kordon policji by zawiadomić go o dziejących się w getcie wydarzeniach. Battel nie miał ani chwili czasu do stracenia, błyskawicznie zatelefonował do swojego przełożonego majora Lidtke, by go poinformować, że Gestapo położyło łapę na „ich” Żydach. Major wyznaczył natychmiastowe spotkanie w Ortskommandanturze.

Porucznik Battel złożył obszerny raport z sytuacji w Gettie, a major po wysłuchaniu go zatelefonował do szefa przemyskiej policji SS-Untersturmführera Benthina. Ten, poproszony o wyjaśnienia, odpowiedział, że faktycznie planowana jest policyjna akcja mająca na celu wysiedlenie przemyskich Żydów, ale ponieważ rozkaz jest tajny, nie zamierza zdradzać szczegółów. Major Lidtke nie krył oburzenia. Poinformował, że pracujący dla Wehrmachtu Żydzi wykonują plan produkcyjny dla armii niemieckiej walczącej na froncie i pozbawienie go znacznej ilości robotników spowoduje przestoje w zaopatrzeniu co uznaje za niedopuszczalne! Na koniec poinformował rozmówcę, że o wszystkim poinformuje swoich bezpośrednich przełożonych. Szef policji wysłuchał jego racji, ale z ironicznym uśmiechem odpowiedział, że może się odwoływać do kogo chce….. On akcji nie odwoła, bo to leży poza granicami jego kompetencji.

W zaistniałej sytuacji Major zwołał natychmiastową naradę z udziałem wszystkich oficerów komendantury miasta. Na naradzie zrelacjonował sytuację. Oficerowie uznali, że należy podjąć kontrakcję. Porucznik Battel spojrzał przez okno na odbijające się w tafli Sanu promyki słońca, odwrócił się i powiedział:

-Mam! Musimy zablokować most!

W sali dało się słyszeć szmer głosów grupy oficerów, wszyscy rozważali ryzyko tego posunięcia. W końcu głos zabrał major Lidtke:

- Panowie, ja wiem, że ryzyko jest duże, gdyż ten plan wykracza przeciw wyraźnemu rozkazowi Himmlera, ale dla nas ważniejsze jest zapewnienie siły roboczej dla potrzeb Wehrmachtu.

Od tego momentu akcja ruszyła bardzo ostro. Oficerowie wydawali rozkazy, służba wartownicza zbrojna w ostrą amunicję oraz erkaem biegiem obsadziła stanowisko ogniowe u wylotu mostu przy Placu Konstytucji. Zatrzymywali i zawracali odziały Waffen SS zamierzające wjechać na prawą stronę Sanu. Doszło do ostrych spięć między oficerami SS oraz żołnierzami Werhmachtu, którzy w groźnych gestach przeładowywali broń wymierzoną w funkcjonariuszy SS. Żołnierze w czarnych mundurach zostali kilkukrotnie zawróceni w kierunku ul. Krasińskiego. Jednocześnie por. Battel uzbrojony w karabiny maszynowe pojechał do siedziby Gestapo, tam w rozmowie z SS-Untersturmführerem Benthinem ostro zażądał przerwania akcji grożąc i argumentując koniecznością wypełnienia planu dostaw na front. W związku z tym Komenda Garnizonu Przemyśl wprowadziła blokadę mostu na Sanie dla wszystkich policyjnych jednostek. W tamtym momencie nastąpił typowy pat, ponieważ żadna ze stron konfliktu nie zamierzała ustąpić. Obie strony złożyły raporty z sytuacji do swoich przełożonych, a ci do swoich i aż do najwyższego szczebla. Rozwiązanie przyszło właśnie z tych najwyższych szczebli. Kompromis zakładał, że w akcji zostaną pominięci pracownicy Wehrmachtu do lat 35, powyżej tego wieku pracownicy z pieczątkami Gestapo w zamian za to blokada mostu miała być zniesiona. Strony uznały wyznaczone zasady i most został odblokowany.

Niestety, jak się później okazało, niedługo po odblokowaniu mostu policja wkroczyła na teren getta i pomijając ustalenia przystąpiła do realizacji pierwotnego planu. Major Lidtke nie odpuścił. Wezwał por. Battela i rozkazał mu wedrzeć się na teren getta. Porucznik wraz z batalionem wojska stawił się u bram getta ale natknął się na zdecydowany opór policji. W tej sytuacji bez wahania wydał rozkaz użycia broni. Poskutkowało, policja wpuściła żołnierzy Wehrmahtu. Porucznik Battel zapakował na ciężarówki stu robotników wraz z ich rodzinami i wywiózł do siedziby komendantury miasta. Tutaj uratowani ludzie dostali posiłki i miejsce do spania. Małe dzieci dostały nawet mleko. Ci Żydzi uniknęli deportacji jednak reszta została wywieziona do obozu w Bełżcu.

Postawa majora Maxa Lidtke oraz porucznika dr Alberta Battela spotkała się ze zdecydowana reakcją przełożonych. Battel został poddany dochodzeniu wewnętrznemu ale ukaranie odroczono do końca wojny, natomiast major Max Lidtke niedługo potem został zesłany na front wschodni. Obaj bohaterowie lipcowych zajść w Przemyślu 1942 roku przeżyli wojnę. Dr Battel zmarł w 1951 roku w Niemczech, natomiast major Max Lidtke zmarł w niewoli radzieckiej na Syberii w 1955 roku.

Po latach obaj niemieccy oficerowie zostali pośmiertnie uhonorowani medalem Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata dzięki staraniom Michaela Goldmanna Gileada, przemyskiego Żyda uratowanego przez oficerów Wehrmachtu z holokaustu.

Marek Niedźwiecki

Poglądy wyrażone w tekstach pisanych w ramach blogu Portalu Przemyskiego są osobistymi poglądami autorów i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji. Blogi ukazujące się na naszych łamach mają na celu umożliwienie mieszkańcom Przemyśla podzielenia się własną wiedzą, doświadczeniami oraz opiniami na temat miasta i spraw jego dotyczących.


Wernher von Braun hitlerowski konstruktor i podbój kosmosu.

Urodził się 23 marca 1912 roku w Prusach wschodnich, a jego rodzina po odzyskaniu niepodległości przez Polskę i ustanowieniu jej granic przeniosła się do Berlina. Tam młody baron pierwszy raz zetknął się z literaturą traktującą o kosmosie. W dzieciństwie również otrzymał od matki mały teleskop, dzięki któremu to oddawał się wielogodzinnym obserwacjom astronomicznym.

Kosmos stał się jego pasją i jak się później okazało drogą życiową. Wernher rozwijał pasję, a w konsekwencji zdobył wykształcenie, które poskutkowało angażem w tajnym ośrodku w Peenemünde. Wybuch II Wojny Światowej przyczynił się do nagłego zainteresowania ze strony Adolfa Hitlera nowymi, skutecznymi metodami walki. Jego wybór padł min na technologie rakietowe. Von Braun został wcielony do SS w stopniu podporucznika, a następnie po szybkim awansie majora. Ośrodek badawczy został przekształcony tak by jego cały naukowy potencjał skierować w jednym kierunku. Miała nim być rakieta balistyczna o kryptonimie A-4, później uzyskała swą złowieszczą nazwę „V-2, Cudowna Broń Hitlera.

Początki były bardzo trudne. Opanowanie właściwych zachowań rakietowego silnika jak i kwestie sterowania przynosiły niezliczone ilości porażek. Było to wynikiem słabej bo pionierskiej pracy konstruktorów ale również w jakimś stopniu sabotaży przeprowadzanych przez wykorzystywanych do niewolniczej pracy więźniów obozu koncentracyjnego. Po latach prób przyszedł czas na pierwsze próby bojowe. V-2 okazały się bardzo groźną bronią. W 1944 roku masowo wypuszczano ją w celu bombardowania Londynu. Statystyki mówią, że ich ofiarami padło ponad dziesięć tysięcy osób. Liczby liczbami ale ostatecznie skuteczne rakiety V-2 nie przyczyniły się do zmiany kierunku wojny. W 1945 roku Niemcy były bliskie upadkowi. W tej sytuacji Werhner von Braun postanowił poddać siebie oraz swój zespół naukowców armii amerykańskiej. Tak też uczynił. Amerykanie bardzo chętnie przyjęli pod swoje skrzydła zespół niemieckich naukowców i przewieźli ich oraz ponad 150 pozostałych rakiet do ośrodka w Teksasie gdzie naukowcy już w styczniu 1946 roku przeprowadzili pierwsze udane odpalenia rakiet V-2 na terenie USA. Ten moment stał się początkiem całego amerykańskiego programu podboju kosmosu. Von Braun w latach 60-tych uzyskał amerykańskie obywatelstwo oraz stołek dyrektora nowo powstałego NASA. Walnie przyczynił się do programu Apollo, który w swych osiągnięciach wyprzedził znacznie poczynania konkurencji zza „Żelaznej Kurtyny”. Po zdobyciu księżyca Werhner skupił się nad budowaniem jeszcze mocniejszej rakiety, takiej która zdoła dolecieć aż do Marsa.

Ten plan jednak się nie powiódł. Zdecydował o tym spadek zainteresowania władz amerykańskich. Sam von Braun doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że po tak spektakularnym sukcesie jakim było zdobycie księżyca ciężko będzie zrobić coś co znów zwróci uwagę rządu w kierunku programu podboju kosmosu. Pod koniec kariery zawodowej Braun odszedł z NASA, a kilka lat później zachorował na raka by w 16 czerwca 1977 dokonać swego żywota w glorii chwały i sławy amerykańskiego, narodowego bohatera. Niestety na jego obliczu pojawiło się kilka skaz, które zmieniły spojrzenie obiektywnego świata na tego wyśmienitego naukowca. Kiedy w Europie ogłoszono jego sukcesy wielu ludzi w tym postawnym mężczyźnie rozpoznało oficera SS, który wykorzystywał więźniów obozu koncentracyjnego do katorżniczej pracy, a nawet znaleźli się świadkowie faktu skazywania wielu z nich na śmierć przez Brauna w czarnym mundurze. W skutek tego powstał dysonans moralny – czy niemieckiego naukowca podejrzanego o zbrodnicze czyny należy pochwalać i gloryfikować za czyny, których dokonał później? Tego już się wyjaśnić nie da, a sam Werhner von Brown pozostanie jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci XX wieku.

Marek Niedźwiecki

Poglądy wyrażone w tekstach pisanych w ramach blogu Portalu Przemyskiego są osobistymi poglądami autorów i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji. Blogi ukazujące się na naszych łamach mają na celu umożliwienie mieszkańcom Przemyśla podzielenia się własną wiedzą, doświadczeniami oraz opiniami na temat miasta i spraw jego dotyczących.


Pan z małym pieskiem

Spotkałem wczoraj pana z małym pieskiem. Ładny taki ten piesek, łaciaty z długimi uszami. Coś jakby myśliwski i rasowy.

Piesek biegał radośnie na dłuuuugim sznurku zwiedzając noskiem wszystkie okoliczne miejsca. Pan bieżał za nim szybkim krokiem, lecz widać energii miał dużo mniej od szczeniaczka. W końcu uznał, że piesek nie może tak całkiem na luzie biegać w około i postanowił dać mu zaszczytne zadanie niesienia w mordce świeżo zakupionej gazety. Przyciągnął pieska za sznureczek i zadał w pysk wspomnianą gazetę. Piesek uradował się wielce i wydarł na przód ile sznurka starczyło po czym radośnie i z pełnym zapałem jął gazetę tarmosić na strzępy.

Pan zareagował gwałtownie przyspieszając by uratować resztkę prasy. Piesek jednak miał więcej sił i gonił do przodu. W końcu zasapany pan dorwał pieska i zrugał go w te słowa: Ja ci dałem tylko do poniesienia, a ty co?!!! Nie wytrzymałem i dopowiedziałem z uśmiechem - a on od razu po psiemu przeczytał.

Marek Niedźwiecki

fot. Pixabay

Poglądy wyrażone w tekstach pisanych w ramach blogu Portalu Przemyskiego są osobistymi poglądami autorów i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji. Blogi ukazujące się na naszych łamach mają na celu umożliwienie mieszkańcom Przemyśla podzielenia się własną wiedzą, doświadczeniami oraz opiniami na temat miasta i spraw jego dotyczących.


Moda

Od jakiegoś czasu obserwuje to co dzieje się w polskiej modzie męskiej. Bywam w galeriach tu i ówdzie i z niesłabnącym zażenowaniem obserwuję to w co chcą nas facetów ubierać zaopatrzeniowcy wspomnianych sklepów.

Od kilku kat królują stroje, które raczej nie uwypuklają naszej samczej natury... Wręcz powiem, że ta nasza funkcja samcza została w tym stylu zupełnie pominięta. Ot rurki i obcisłe, przykrótkie stroje.... Sam nie mam idealnej figury 18-latka więc nie często bywałem klientem tych sklepów. Ale teraz zauważyłem ruch jakby w druga stronę... W galeriach pokazały się we wszystkich niemal "męskich" sklepach stroje imitujące kamuflaż wojskowy! Panterki, ciapy, a nawet faszystowski flectarn wiszą w galeriach zachęcając do zakupu.... Myślę sobie, że świat komercji idzie w dziwnych kierunkach. Otóż widok młodego, szczupłego jak Ania Rubik człowieka w spodniach typu marchewka i kurtce, bojówce pantera ala skin wywołuje u mnie delikatnie mówiąc rozbawienie :). Chłopaki, moda modą ale rozum rozumem

Marek Niedźwiecki

Poglądy wyrażone w tekstach pisanych w ramach blogu Portalu Przemyskiego są osobistymi poglądami autorów i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji. Blogi ukazujące się na naszych łamach mają na celu umożliwienie mieszkańcom Przemyśla podzielenia się własną wiedzą, doświadczeniami oraz opiniami na temat miasta i spraw jego dotyczących.