Starosta Przemyski Jerzy Michał Wołodyjowski. Czy wiedzieliście?

Nie każdy, kto czytał trylogię Henryka Sienkiewicza zdaje sobie sprawę, że autor w swoich powieściach, przy tworzeniu sylwetek bohaterów, przystosowywał życiorysy postaci istniejących historycznie. Nie każdy, wie także, że postać głównego bohatera trylogii, pułkownika Michała Wołodyjowskiego, oparta była na istniejącym w rzeczywistości, a związanym z Przemyślem Jerzym Wołodyjowskim. Pierwowzór Pana Michała, co prawda nie miał tak licznych zasług historycznych, jednakże prawdą jest, że był to niezrównany zagończyk oraz to , że oddał swoje życie w trakcie dowodzenia obroną Kamieńca Podolskiego.

Jerzy Wołodyjowski, herbu Korczak, urodził się w 1620 roku w Makowie. Rodzina Wołodyjowskich, wywodziła się z prawdopodobnie prawosławnej szlachty, która w połowie XVI w przeszła na katolicyzm. Edukację pobierał u swojego stryja, gwardiana w klasztorze Franciszkanów. Młody Jerzy wybrał, jednak karierę wojskową. Wiele lat pałał się zwalczaniem pomniejszych watah tureckich oraz tatarskich; jakie grasowały po Kresach Rzeczypospolitej, zapewne brał także udział w większych wyprawach hetmana Jana Sobieskiego. Dowodząc swoimi prywatnymi oddziałami (Henryk Sienkiewicz, ten fakt w Trylogii wykorzystał, jednakże dowódcą takiego wojska uczynił Kmicica) dosłużył się na tyle znaczącej sławy, że w 1668 roku został mu nadany urząd stolnika przemyskiego. Niestety, niewiele wiadomo, w jaki sposób Wołodyjowski sprawował tę funkcję, mało też wiemy o jego ewentualnych pobytach w Przemyślu. Urząd ten jednak, nawet jeśli był tylko honorowym, nadał panu Jerzemu wielkiego prestiżu. Miało to duży wpływ na dalsze losy naszego bohatera. Stolnik Przemyski to jedyna oficjalna funkcja jaką Wołodyjowski sprawował.

Mimo, że spędził większość swojego życia „w polu”, nigdy nie był oficerem wojsk koronnych ani zaciężnych. Pułkownikostwo Wołodyjowskiego zostało przez Sienkiewicza zupełnie zmyślone. Autor Trylogii pobujał także, co do życia prywatnego małego rycerza. Jak pamiętamy z książki, pan Michał po wcześniejszym afekcie miłosnym skierowanym do panny Krystyny Drohojowskiej, żeni się ostatecznie z „hajduczkiem” Barbarą Jeziorkowską. Otóż faktycznie Wołodyjowski ożenił się z Jeziorkowską, tyle że z…Krystyną. Żona jego, dobrze już po czterdziestce, była majętną potrójną wdową (Sienkiewicz chcąc pogodzić ten fakt z losami książkowej Basi, a może puszczając oko do czytelnika, wspomina, w „Panu Wołodyjowskim”, że Basię nazywano “wdową po trzech mężach”, ponieważ trzech kawalerów jednocześnie szło do niej w konkury i trzech zginęło w tym samym czasie). Zarówno małżeństwo, jak i intratna profesja przyczyniły się do znacznej poprawy sytuacji materialnej Wołodyjowskiego. W chwili śmierci był to człowiek bardzo zamożny. Oprócz siedmiu wsi, dwóch zamków, jednego miasteczka, posiadał ok 15 tyś akrów ziemi.

Trzy lata po nadaniu Wołodyjowskiemu urzędu stolnika przemyskiego, hetman Sobieski, powołał go na komendanta strażnicy w Chreptowie. Ten życia naszego bohatera jest przez Sienkiewicza dość wiernie opisany. W 1672 r wybuchła wielka wojna polsko – turecka . Pierwszą wielką fortecą na drodze sułtana Mehmeda IV był zamek w Kamieńcu Podolskim. Legenda głosi, że kiedy niemal pięćdziesiąt lat wcześniej sułtan turecki Osman II stanął pod Kamieńcem, popatrzył na twier-dzę i zapytał „Kto ją zbudował?”, a gdy w odpowiedzi usłyszał „Sam Bóg cudowną miejsca naturą”, po namyśle odrzekł „To niech ją sam Bóg zdobywa”. I od oblężenia odstąpił. Niestety, teraz zamek kamieniecki, który w międzyczasie mocno podupadł, nie stanowił już dla wyposażonej w dużo bardziej nowoczesne działa armii tureckiej, takiego problemu. Do tego niemal nieustannie zrywająca wszelkie sejmiki szlachta, nie potrafiła ani wybrać odpowiedniej komendy dla twierdzy ani należycie ją na czas oblężenia opatrzyć. W tej sytuacji hetman Sobieski, powierzył faktyczną komendanturę twierdzy Jerzemu Wołodyjowskiemu (formalnym dowódcą był Mikołaj Potocki), który wprowadził do zamku dość znaczną prywatną chorągiew węgierską. Wołodyjowski bronił się dzielnie, choć na obronie zamków nie znał się w ogóle. Nie czuł się też zapewne komfortowo w tej roli. Był to żołnierz polowy, do obrony twierdz potrzebny zaś był żołnierz o zdolnościach inżynierskich.

Obrona zamku trwała osiem dni. W ciągu tego czasu przeprowadził kilka wycieczek na teren wroga, osobiście też z kilkoma żołnierzami bronił wyłomu dokonanym przez tureckich saperów w dolnym zamku. Sienkiewicz także ten fakt opisuje dość wiernie, z ty wyjątkiem, że obrońcy nie walczyli, jednak szablami, lecz celnie strzelając z muszkietów. W sytuacji, kiedy było wiadomo, że i górny zamek jest nie do obrony, a w razie zdobycia twierdzy i miasta obrońców oraz mieszkańców czekałaby rzeź, stolnik przemyski opowiedział się za poddaniem obrony. Wołodyjowski nie był więc na tyle szalony, aby bez sensu ginąć na gruzach zamku, a tym bardziej, aby popełniać samobójstwo. Warunki poddania były bardzo honorowe. Wojsko wraz z dobytkiem i rodzinami miało prawo opuścić twierdzę, a mieszkańców nie spotkało nic złego, pozostawiono im nawet wolność wyznania. W chwili, kiedy polscy emisariusze wracali z warunkami, a Wołodyjowski przygotowywał wymarsz wojsk polskich, jedną z wież wstrząsnęła potężna eksplozja. Pan Jerzy widząc wybuch i chcąc uskoczyć, poderwał konia lecz w chwilę potem trafił go głowę kartacz, który samoistnie na wskutek eksplozji wypalił z działa, zabijając stolnika na miejscu. Wraz z Wołodyjowskim zginęło 500 żołnierzy. Nie do końca jest pewne co spowodowało wybuch. Oficjalna wersja mówił, że to pijani żołnierze zaprószyli ogień w zbrojowni. Wyjaśnienie takie miało zapewnić sułtana, że nie złamano warunków poddania się. Przypuszcza się jednak że to kurlandzki oficer o nazwisku Heyking, nie mogąc pogodzić się z tak szybką kapitulacją wysadził zamek w powietrze. Tak właśnie zrodziła się powieściowa postać Ketlinga.

Żony pana Jerzego, wzorem sienkiewiczowskiej Basi, w Kamieńcu w tym czasie nie było. Na czas obrony wyjechała na Litwę. Po śmierci Wołodyjowskiego wyszła po raz kolejny za mąż, tym razem męża już nie przeżywając. Ciało Wołodyjowskiego za zgodą Turków spoczęło w kościele franciszkanów w Kamieńcu. Msze za jego dusze były w Kamieńcu odprawiane jeszcze w XIX w. Utrata Kamieńca nie poszła całkiem na marne. Fakt ten na jakiś przynajmniej czas, wstrząsnął pogrążoną w swarach i prywacie polską szlachtą. Ta przyznała Sobieskiemu odpowiednie środki, pozwalając wojnę polsko turecką zwyciężyć.

Piotr Gdula


Polska musi postawić na OZE

Rozmowa z posłem PSL Mieczysławem Kasprzakiem, byłym wiceministrem gospodarki, który zajmował się przygotowaniem ustawy o Odnawialnych Źródłach Energii

Panie pośle, czy Polsce potrzebna jest energetyka odnawialna?

 – Stare, konwencjonalne źródła energii to zasoby ograniczone i dojdziemy do momentu gdy wydobędziemy z ziemi wszystkie pokłady ropy czy gazu. Natomiast Odnawialne Źródła Energii (OZE), jak wskakuje sama nazwa, są to takie źródła, które mogą być odnawiane i nigdy się nie wyczerpią. Po drugie dzisiaj OZE są rozwiązaniem pro-ekologicznym, nie bez powodu mówi się o zielonej energii. Już dziś biorą to pod uwagę europejscy politycy. W Niemczech, gdzie ponad 20 proc energii elektrycznej pochodzi z OZE, a kraj ten w 2050 r ,może osiągnąć poziom 80 proc. Polska ma wytwarzać do 2020 r. 15 proc. energii elektrycznej z OZE. To musimy zrobić, bo obligują nas do tego umowy unijne.

 Uda się?

Dziś jest to ok. 7 proc. Problemem jest tzw. współspalanie (to 50 proc. obecnie wytwarzanej w Polsce energii z OZE), które nie ma nic wspólnego z ochroną środowiska. Dla mnie jest to jedynie sposób na wyciągnięcie dodatkowych pieniędzy z budżetu państwa przez wielkie elektrownie. Mówię to z pełną świadomością, my jako budżet państwa w ciągu roku dopłacamy z tego tytułu elektrowniom 2 mld zł. Stąd nie dziwi twarda walka lobby energetycznego, by te rozwiązania utrzymać jak najdłużej. Tymczasem, gdybyśmy już wsparli tymi pieniędzmi mniejszych producentów OZE, to bylibyśmy dzisiaj w zupełnie innym miejscu.

Problemem może być także brak dużej ustawy o OZE. W tym względzie możemy jedynie mówić o tzw. małym trójpaku energetycznym, który jednak daje spore ułatwienia prosumentom, czyli osobom wytwarzającym energię elektryczną na własne potrzeby do 40 kW (obowiązuje od 1 stycznia 2014 r.).

 – Ta ustawa jest potrzebna Polsce. Uważam, że bardzo źle się stało, że prawie gotowy projekt opracowany w Ministerstwie Gospodarki pod moją opieką nie trafił pod obrady Sejmu. Nie zapominajmy jednak, że od tego roku obowiązują liczne ułatwienia dla prosumentów i mikroinstalacji OZE. Nie muszą oni rejestrować działalności gospodarczej. Nie muszą też ubiegać się o żadną koncesję. Ruszają też programy wsparcia dla mikroinstalacji. Już teraz w życie wchodzi program Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, w którym prosumenci mogą korzystać z kredytu i dotacji do 40 proc. w przypadku produkcji energii elektrycznej, bądź produkcji energii elektrycznej wraz z ciepłem. W przypadku samego ciepła dotacja będzie wynosiła 20 proc. Oprócz tego pojawiają się dodatkowe formy wsparcia ze środków unijnych.

 Co może dać Polsce rozwój energetyki prosumenckiej?

 – Polskie sieci energetyczne mają średnio 40 lat i nie wszędzie zapewniają odpowiednią moc np. dla dużych zakładów. Na Podkarpaciu mieliśmy takie sytuacje, że w niektórych regionach pojawiał się inwestor, który chciał zrealizować bardzo poważne przedsięwzięcia. Ale okazywało się, że problemem są sieci przesyłowe, które nie zapewniały dostatecznej mocy, której potrzebował. Nieodzowne tutaj są zatem spore inwestycje w sieci energetyczne, ale także zwiększenie produkcji energii elektrycznej co generuje poważne obciążenie dla budżetu państwa. Dlatego ważne jest, by część obywateli zamiast pobierać energię z systemu, zadbała o wytworzenie potrzebnej im energii we własnym gospodarstwie. To oni są właśnie prosumentami, którzy stanowić będą znaczne odciążenie dla państwa. Bo zamiast budować jedną, czy drugą wielką elektrownię, podobną energię mogą wytworzyć tysiące mikroinstalacji. Państwo nie musi inwestować, zrobią to obywatele. Warto też pamiętać o stratach w trakcie samego przesyłu. Jeśli energię wytworzymy na miejscu, takich strat nie musimy się obawiać.

 Przeciwnicy OZE mówią, że ten sposób wytwarzania energii jest droższy niż rozwiązania konwencjonalne. Inaczej mówiąc, jeśli Polska będzie wspierała OZE, to zapłacą obywatele w postaci wyższych rachunków za prąd.

Dziś rachunki jakie otrzymujemy z zakładów elektrycznych składają się z dwóch części. Jeden to opłata za zużytą energii elektryczną, drugi to opłata za przesył. Jeśli prosument wytworzy potrzebną mu energię we własnym gospodarstwie, to przecież ani za prąd ani za przesył nie będzie płacił. Mało tego, prosument nadmiar energii może sprzedawać do zakładu. Niestety dzisiaj za te nadwyżki można otrzymać 80 proc ceny rynkowej, ale wydaje się, że te ceny pójdą w górę. Ceny w przyszłości zapewne będą rosły. Przyczyny tego będą jednak różne (np. duże potrzeby inwestycyjne branży energetycznej). Nie winiłbym za to OZE. Co do samego charakteru OZE, to rzeczywiście są one dzisiaj drogie, ale postęp technologiczny jest olbrzymi. W przypadku ogniw fotowoltaicznych jedna generacja od drugiej różni się cenowo o 30 proc. W tym samym czasie, gdy ich cena spadła o 30 proc., ich efektywność wzrosła o 80 proc. Spodziewam się zatem, że cena wytwarzania energii odnawialnej będzie systematycznie spadała.

Seweryn Pieniążek


Dariusz Westphal

Dar Przemyśla. Jacht, który opłynął świat

Jak wszyscy doskonale wiemy Przemyśl nie należy do miast nadmorskich, nie posiada stoczni, portów ani długiej żeglarskiej historii, jednak dzięki wyczynowi jednego z Przemyślan nasze miasto odbiło się echem w światowych środowiskach żeglarskich i mediach.

Człowiekiem, którego nazwisko już na zawsze zapisało się wielkimi żeglarskimi głoskami jest kapitan Henryk Jaskuła. To właśnie on jachtem „Dar Przemyśla” wyruszył 12 czerwca 1979 roku z Gdyni w samotny rejs dookoła świata, tym trudniejszy, że bez zawijania do portu. Trwał on 344 dni i zakończył się 20 maja 1980 r. W ten sposób kapitan Jaskuła stał się pierwszym Polakiem, który samotnie opłynął świat i trzecim człowiekiem, który w ogóle tego dokonał. Kapitan Jaskuła był pomysłodawcą całego przedsięwzięcia jak i jego organizatorem. To on zdobył środki na budowę „Daru Przemyśla” oraz osobiście szukał stoczni, która podjęłaby się budowy jachtu. Sprawa nie była prosta i wymagała wiele zachodu. W końcu udało się to przeprowadzić w Gdańsku w stoczni im. Conrada. Jacht miał skromne wyposażenie, nie posiadał nawet tratwy ratunkowej, gdyż stara straciła ważność, a nowej już nie zakupiono, lecz kapitanowi nie przeszkodziło to w opłynięciu Przylądka Dobrej Nadziei, od południowej strony Australii i Nowej Zelandii oraz Przylądka Horn, po czym w powrocie do macierzystej Gdyni. Jaskuła został powitany w kraju z wszystkimi honorami. Pamiętam słoneczny dzień, kiedy to wraz z innymi mieszkańcami Przemyśla witałem kapitana Jaskółę podczas jego triumfalnego przejazdu głównymi ulicami miasta. Po powrocie kapitan nie osiadł na mieliźnie, w jego głowie powstał nowy, śmiały plan, aby kolejny raz „Dar Przemyśla” wyruszył na podbój oceanów tym razem, jednak w przeciwną stronę. Tego nie zrobił jeszcze nikt na świecie! Znów rozpoczął się żmudny proces załatwiania formalności i sponsorów. Wyprawę uniemożliwiła jednak sytuacja polityczna w Polsce. Stan wojenny zablokował „Dar Przemyśla” w porcie na kolejne dwa lata. W końcu 19 sierpnia 1984 kapitan znów stanął za sterem swego jachtu. Opuścił Gdynię i wyruszył w rejs. Nie trwało to, jednak długo gdyż u wybrzeży Danii jacht zaczął nabierać wody. Po 19 dniach żeglugi Jaskuła powrócił do Gdyni. Rejs został przełożony na rok 1986, jednak to już nigdy nie miało nastąpić.

Wrak_Daru_Przemysla_Mobile_1
Wrak Daru Przemyśla na kubańskiej plaży

W 1985 roku Przemyski Okręgowy Związek Żeglarski postanowił zmienić miejsce kotwiczenia jachtu z Gdyni na Niceę. W wyniku tych zmian kapitan Jaskuła został odsunięty od eksploatacji jachtu. Rok później zrezygnował z funkcji członka zarządu Związku Żeglarskiego. Plan ponownego rozsławienia naszego miasta osiadł na mieliźnie, sam jacht, natomiast decyzją nowego zarządu udał się z siedmioosobową załogą na pokładzie w rejs w kierunku Hawany. W pobliżu kubańskiego brzegu zabrakło przysłowiowej stopy wody pod kilem i jacht rozbił się na progu skalnym osiadając na płyciźnie. Załoga nie ucierpiała, gdyż fale zepchnęły wrak niemal do samego brzegu. Członkowie załogi powrócili do kraju samolotem, a „Dar Przemyśla” został doszczętnie rozgrabiony przez okoliczną ludność. Zniknęło całe wyposażenie wnętrza, silnik oraz drogie maszty. Z dumnego pogromcy oceanów pozostała jedynie pocięta skorupa. Kapitan Jaskuła bardzo boleśnie przeżył informację na temat losu jachtu. Nie mogąc pogodzić się z sytuacją całkowicie wycofał się z przemyskiego światka żeglarskiego. Swój żal opisał w niepublikowanej książce „Drugi rejs i zagłada Daru Przemyśla”.

W 2008 roku powstała inicjatywa budowy „Daru Przemyśla II”. Kapitan Jaskuła został błyskawicznie z tą sprawą powiązany przez media. Pisano o patronacie i poparciu inicjatywy przez kapitana. Nic bardziej mylnego. Henryk Jaskuła bardzo wyraźnie zdementował te spekulacje odcinając się od inicjatywy grubą kreską.

Dziś kapitan Henryk Jaskuła ma już 91 lat, nadal mieszka w swoim Przemyślu, a my Przemyślanie możemy obnosić się z dumą, że jest wśród nas ten, który na przekór sztormom i wiatrom opłynął samotnie świat.

fot. Dariusz Westphal (główna fotografia)


Wielka Sobota w przemyskich świątyniach

Galeria zdjęć przedstawiająca Wielką Sobotę w kilku przemyskich kościołach

fot. Piotr Gdula


Wesołego Alleluja

Z okazji Świąt Wielkanocnych składamy wszystkim czytelnikom Portalu Przemyskiego oraz gazety Brama Przemyska najserdeczniejsze życzenia zdrowia, szczęścia i radości, samych słonecznych dni oraz sukcesów w życiu prywatnym i zawodowym.

 


Przemyśl w kręgu dobrego wojaka Szwejka, czyli habsburskiej Galicji czar

Artykuł napisany w ramach projektu szwajcarskiego “Akademia Młodej Przedsiębiorczości Społecznej” Projekt ma na celu odkrywanie i promowanie młodych ludzi, których pasją jest działalność społeczna.

loga_swiss

 

Wśród wielu lokalnych inicjatyw Przemyskie Stowarzyszenie Przyjaciół Dobrego Wojaka Szwejka jest z całą pewnością jedną z najbardziej oryginalnych i barwnych. To dzięki działalności przemyskich „szwejkologów” twierdza i postać dobrego wojaka przyciągają do miasta rzesze turystów. Kulminacją celebrowania cesarsko-królewskich klimatów są zaś coroczne Wielkie Manewry Szwejkowskie.

Któż nie słyszał o dobrym wojaku Szwejku, bohaterze książki Jaroslava Haška, sprzedawcy psów i pucybucie porucznika Lukasza, autorze licznych anegdot i powiedzonek? Nie wszyscy pamiętają jednak, że sympatyczny żołnierz w czasie swoich książkowych przygód odwiedził też Przemyśl, a w murach tutejszej twierdzy omal... nie stracił życia. To właśnie ten epizod stał się dla miejscowych fanów powieści Haška pretekstem, by swoją pasję pokazać też innym.

„Piwko i wygłupy?” Skądże!

Szwejki_FOTA4298„Propagowanie postaci Józefa Szwejka”, „promocja miasta Przemyśla i Twierdzy Przemyśl”, a także uwieńczona sukcesem w 2008 roku misja budowy pomnika Szwejka – to statutowe cele Przemyskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Dobrego Wojaka Szwejka. Ale prezes organizacji Jerzy Czuchman zdradza, że chodzi jeszcze o coś więcej: -Wywodzimy się z różnych środowisk, ale łączy nas jedno: z uśmiechem staramy się walczyć z głupotą – mówi nawiązując do przewrotnego humoru powieści czeskiego pisarza i postaci jej głównego bohatera.

W stowarzyszeniu aktywnych jest ok. 20-30 osób, choć nominalnych członków jest więcej – ok. 60. - Na początku nie było lekko. Napotykaliśmy spory „opór materii”. Ludzie nie traktowali nas zbyt poważnie: sądzili, że chodzi nam o popijanie piwka i wygłupy w przebraniach. Ale konsekwentną działalnością na polu spotkań tematycznych, wykładów ciekawych osób, a także historycznych imprez, udało się nam przekonać do siebie mieszkańców Przemyśla i udowodnić im, że naszą działalnością przyczyniamy się do promocji miasta i regionu – wspomina Czuchman.

Początkowo siedziba stowarzyszenia mieściła się w klubie garnizonowym, ale wraz z rosnącą akceptacją dla jego działań przyszło i zaufanie władz, które powierzyły mu opiekę nad Bramą Sanocką Dolną, stanowiącą część systemu umocnień Twierdzy Przemyśl. - I choć obecnie przejściowo jesteśmy bezdomni, bo brama przechodzi renowację, generalnie na stałe zostaliśmy jej opiekunem społecznym – mówi prezes stowarzyszenia.

Manewry dla całej rodziny

Szwejki_FOTA4472Barwnie promując Szwejka stowarzyszenie promuje także miasto i cały region. Na Manewry Szwejkowskie, których centralnym punktem są uroczystości pod figurą Szwejka na rynku, przyjeżdżają do Przemyśla sympatycy z całej Polski, a także z innych krajów. - Byli u nas Węgrzy, fani Szwejka z czeskiego Ołomuńca, z którymi bardzo się zaprzyjaźniliśmy, a nawet jeden facet z Norwegii. Udało się nam także zaprosić Richarda Haška – wnuka autora książki. W przyszłym roku chcielibyśmy ugościć także Barbarę Hašek – wnuczkę pisarza, która nota bene jest w połowie Polką i świetnie mówi w naszym języku – mówi Jerzy Czuchman.

W czasie manewrów na gości czekają liczne atrakcje: „pływanie na byle czym”, przeciąganie beczki, gry i zabawy dla dzieci, rajd rodzinny cyklistów, rajdy piesze, rozgrywki sportowe w siatkówce plażowej o „Kufel J. Szwejka”, a także piknik na wzgórzu zamkowym.

Taka impreza jest sporym wyzwaniem organizacyjnym: - Dlatego też do pracy zabieramy się ok. dwóch miesięcy wcześniej. Wtedy powstaje ramowy program imprezy, który później aktualizujemy i korygujemy. Produkujemy także koszulki, drukujemy plakaty informacyjne, działamy w internecie – tak na naszej stronie www, jak i na Facebooku – tłumaczy Czuchman.

„Szwejki” w radiu, teatrze i telewizji

Prezes „Szwejków” tłumaczy, że ich stowarzyszenie nie działa dla zysku. - Chodzi o satysfakcję. Działamy tak, żeby mniej więcej wyjść na zero. Środki staramy się pozyskiwać na różne sposoby: nie tylko od zaprzyjaźnionych firm, które w zamian za pomoc reklamujemy np. na koszulkach czy plakatach. Prowadzimy też punkt informacji turystycznej, jak również wysyłamy w miasto „patrole” w mundurach z epoki. Ludzie robią sobie z nami zdjęcia, my wydajemy im specjalne „przepustki” do twierdzy lub sprawdzamy dokumenty – mówi dodając, że stowarzyszenie od czasu do czasu zarabia też na sprzedaży kalendarzy czy widokówek.

- Niestety, młodzi nie garną się do towarzystwa. Staramy się ich zachęcać, ale często spotykamy się z pytaniem: „a co ja z tego będę miał?” I rzeczywiście, nasza działalność nie daje materialnych korzyści, to raczej pasja, sposób na życie – przyznaje ze smutkiem Czuchman. Zwraca uwagę, że niejako „dookoła” stowarzyszenia można realizować swoje zainteresowania historyczne, fotograficzne, filmowe. I rzeczywiście – członkowie stowarzyszenia regularnie współpracują z Polskim Radiem Rzeszów, prowadząc w nim cotygodniową audycję Klub Dobrego Wojaka Szwejka. - Niedawno nagraliśmy też materiał dla rzeszowskiego oddziału TVP. Jego krótki fragment został nawet pokazany w Teleexpressie – cieszy się Czuchman.

Prezesowi marzy się stworzenie silnej grupy teatralno-muzycznej inspirowanej twórczością Haška i kolorytem czasów monarchii Habsburgów. - Pan Leszek Mazan, znany „szwejkolog”, przygotował już teatralne widowisko, które wystawialiśmy nawet wspólnie z teatrem Fredreum. Chcemy jednak stworzyć własną trupę teatralną – podsumowuje Jerzy Czuchman

loga_stow


Apogeum strachu. Okupacyjna historia przemyskiego Getta.

O holokauście i cierpieniu narodu żydowskiego w okresie okupacji niemieckiej w Polsce napisano już chyba wszystko. Niestety, w latach czterdziestych ubiegłego wieku prześladowanie oraz mordowanie osób narodowości żydowskiej miało miejsce również w Przemyślu. Już od początku Niemcy wprowadzili politykę terroru i izolacji. Na lewym brzegu Sanu utworzono pierwsze Getto, a gdy się przepełniło siedem tysięcy "szczęśliwców" przegnano na radziecka stronę miasta. Wbrew pozorom ci wygnańcy również zostali poddani represjom. Znacjonalizowano ich majątki, a ich samych często spotykał los zesłańca sybirskiego.

Po zajęciu przez Niemców prawej strony miasta natychmiast przystąpiono do budowy nowego Getta. Umiejscowiono je w dzielnicy Garbarze i wyposażono w dwie bramy - na Kamiennym Moście oraz przy Wincentego Pola. W tym miejscu zgromadzono wpierw dziesięć, a następnie aż siedemnaście tysięcy osób. W 1942 roku Niemcy postanowili o przeniesieniu uwięzionych Żydów z innych miast okolic Przemyśla. Ten moment stał się początkiem końca tutejszego Getta. Rozpoczęły się masowe wywózki Żydów do obozów koncentracyjnych, jednak do osiągnięcia zamierzonego planu wciąż było ich za dużo. Wówczas przystąpiono do planowego ludobójstwa. Żydów rozstrzeliwano na terenie Getta, na żydowskim cmentarzu przy Słowackiego, w pod przemyskich fortach. We wrześniu 1943 roku szef Gestapo Rudolf Heinrich Bennewitz wydał rozkaż ostatecznej likwidacji Getta. Pozostałych przy życiu Żydów wywożono do obozów lub zabijano bestialsko. Na koniec Niemcy sporządzili dokładną listę wywiezionych i pomordowanych. Ku swemu zaskoczeniu stwierdzili, że liczby się nie zgadzają. Sprowadzono specjalne psy tropiące i przeszukano każdy zakamarek Getta.
Okazało się, że około tysiąca dwustu Żydów nadal ukrywało się w ruinach budynków i innych kryjówkach. Zgromadzono ich wszystkich na apelu. Rudolf Bennewitz wyjął rulon papieru, a po rozwinięciu go rozpoczął czytanie złowrogiego tekstu. W zgromadzonym tłumie nastąpiło nerwowe poruszenie. Kilka osób znających niemiecki tłumaczyło pozostałym, że właśnie zostaje odczytany ich wyrok śmierci. Tłum zawrzał, ale nie miało to wpływu na Bennwitza. Czytał dalej. Gdy skończył grzecznie, lecz stanowczo zwrócił się do tłumu z "prośbą", by zachować porządek, nie krzyczeć i nie płakać, bo to i tak nic nie pomoże. Obiecał również, że "nie będzie bolało", bo strzał w tył głowy daje szybką śmierć..... Następnie roztrzęsionym ludziom kazano się rozebrać i kolejno podchodzić do stanowiska egzekucji. Ostatni mieszkańcy Getta jak w hipnozie witali się ze śmiercią w ciszy, bez krzyku i płaczu.
Ten proces trwał około 6 godzin, później zwłoki zostały palone przez pięć dni, a pozostałe prochy wrzucono do Sanu. Po kilku dniach Niemcy ogłosili, że miasto Przemyśl jest "miastem bez Żydów", jednak jak pokazuje historia byli w błędzie. Miejscowa ludność widząc bezmiar okrucieństwa niejednokrotnie narażając życie udzielała pomocy i schronienia uciekinierom z Getta. Około 400 osób tej narodowości doczekało w ukryciu przybycia Armii Czerwonej co było równoznaczne z ich ocaleniem.

Przemyska "lista Schindlera"

Likwidacją przemyskiego Getta zajmowało się Gestapo, jednak część Żydów w ilości kilku tysięcy pracowała dla niemieckiego Wehrmachtu. Dzięki specjalnym dokumentom (Wehrmachtausweisy) powinni oni uniknąć wywózki lub rozstrzelania. Jak się, jednak okazało Gestapo nie przywiązywało do tego faktu żadnej uwagi dokumenty zostały unieważnione i represje trwały nadal. Gdy negocjacje nie powiodły się szef Wojskowej Komendy Miasta mjr Max Liedtke wydał rozkaz zablokowania mostu na Sanie co uniemożliwiło deportację Żydów, sam zaś uzbrojony w karabiny maszynowe udał się do szefa Gestapo. Negocjacje powiodły się i 2500 Żydów zostało uratowanych, jednak sam major Max Liedtke dwa miesiące później został zesłany na front wschodni. Zmarł w radzieckiej niewoli w Workucie styczniem 1955 roku. Po latach jego zastępca biorący udział w akcji ratowania Żydów dr Albert Battel otrzymał od Instytutu Yad Vashem tytuł "obrońca ludzkości"
Tak o to zamyka się kolejna karta historii w dziejach naszego Przemyśla.


Przemyśl zajął trzecie miejsce w rankingu efektywności edukacji

Przemyśl osiągnął trzecie miejsce w rankingu oświatowym, organizowanym przez czasopismo samorządowe „Wspólnota”. Inne czołowe miejsca zajęły w większości, miasta Polski południowo wschodniej.

Ranking uwzględnia wskaźniki pokazujące jaki jest przyrost wiedzy i umiejętności ucznia w wyniku procesu nauczania oraz jaka jest efektywność wydatków w stosunku do jakości edukacji. Trzecie miejsce, Przemyśl osiągnął w kategorii miast na prawach powiatu. Przed nami były tylko Krosno i Zamość. W porównaniu, dużo bardziej bogaty Sopot był dopiero dwudziesty pierwszy. Przemyskim pedagogom składamy gratulacje i wyrazy uznania. Osiągnięcie topowego poziomu naszej edukacji w warunkach ciągle przykręcanej śruby to nie lada sukces.


Biała flota na Sanie. Wspomnienie o przemyskich statkach

Spoglądając z przemyskich mostów w kierunku lustra wody ciężko nawet przypuszczać, że San był kiedyś rzeką żeglowną, po której regularnie poruszały się barki wiozące na pokładach rozmaite towary.

Najsłynniejszy wyczyn związany z przemyską żeglugą rzeczną dotyczył hrabiego Andrzeja Zamojskiego, który to już w październiku 1850 roku dopłyną parowcem o nazwie "Kraków" aż do Dubiecka. Czyn ten jak na owe czasy był bardzo śmiały, gdyż nieregulowany San mógł być w pewnych odcinkach zamulony lub mogły na jego dnie istnieć inne naturalne przeszkody uniemożliwiające swobodną żeglugę. Jak się jednak okazało cały odcinek rzeki od Sandomierza do Dubiecka był żeglowny. Jedyną zaporą na Sanie, którą należało pokonać, była austriacko - rosyjska granica zaborów w miejscowości Krzeszów.

W listopadzie o tym wydarzeniu pisał nawet sam "Kurier Warszawski". W szerszym artykule natomiast hrabiego Zamojskiego napisano między innymi :

"Ku końcowi października, przy poranku już dość chłodnym i deszczyk chwilami kropił, przybył statek parowy "Kraków" do Krzeszowa na Sanie wracając z Dubiecka i Przemyśla..." , i dalej: „Na koniec San, jako główna całej Galicji wschodniej rzeka, przepływając znaczną przestrzeń kraju, odpowiedzieć może w zupełności zamiarom pomysłu, byle tylko stosownie użytą została..."

Sama jednak żegluga wodami Sanu nie była wbrew pozorom osiągnięciem pionierski. Jako szlak komunikacyjny San służył już z powodzeniem w XVI i XVII wiek, a jego nurtami docierano barkami załadowanymi towarami do Sandomierza, a później Wisłą do Torunia czy nawet Gdańska.

Początkiem wieku XX między Przemyślem, a Krasiczynem kursował statek turystyczny zdolny do przewozu kilkudziesięciu osób jednocześnie. W latach późniejszych dokonano regulacji naszej rzeki co doprowadziło do jej skrócenia, a jednocześnie przyspieszenia jej nurtu. Poskutkowało to znacznym spłyceniem Sanu poprzez naniesienie żwiru i piachu. Ten moment możemy uznać za koniec przemyskiej Białej Floty.


Przemyskie kamienice

Przeglądając zapisy historyczne na temat naszego Przemyśla można jednoznacznie stwierdzić, że okres jego największego rozwoju przypadał na czasy zaboru austriackiego, kiedy to Cesarstwo Austro-Węgier postanowiło go ufortyfikować broniąc w ten sposób dostępu do Wiednia. W tym okresie Przemyśl liczył blisko 200 tysięcy mieszkańców. W skład tej liczby wchodzili również żołnierze austriackiego garnizonu, ich rodziny, jak również rozbudowana administracja twierdzy. Taki stan rzeczy wymusił rozbudowę urbanistyczna miasta.

Powstało wiele nowych budynków tak mieszkalnych, jak i administracyjno usługowych. Zbudowano min szpital na Zasaniu, dworzec kolejowy, ujęcia wody pitnej. Po upadku twierdzy i odzyskaniu przez Polskę niepodległości miasto nieco zamarło lecz pozostałe po zaborcy dobro nadal cieszyło mieszkańców miasta. II Wojna Światowa i idąca za nią Operacja Barbarossa doprowadziły do znacznej rujnacji Przemyskich budowli. Rozpoczynając atak na ZSRR Niemcy dokonali ostrzału artyleryjskiego prawego brzegu Sanu. Skutkiem tego w gruzach legło bardzo wiele kamienic zdobiących dotychczas nasze miasto. Bezpowrotnie z panoramy miasta zniknęły kamienice przy ulicy Jagiellońskiej, zarówno po jej lewej jak i prawej stronie, przy ulicy Mickiewicza, Słowackiego, Franciszkańskiej i Rynku, Śnigurskiego i innych.. Powojenna praktyka innych miast wykazywała, że nowe władze doprowadzały do powolnego procesu odbudowy miast z ruin. Jednak wielce będzie mylił się ten, kto pomyśli, że podobnie postąpiono w Przemyślu. Tu ograniczono się jedynie di usunięcia gruzowiska.

Przyczyny

Przemyśl jest miastem o wiekowych tradycjach. Przez długie lata był po Krakowie i Lwowie ośrodkiem polskiej inteligencji. Ponadto właśnie tutaj mieściły się biskupstwa dwóch obrzędów wiary katolickiej tj wyznania rzymskiego oraz greckiego. Taki stan rzeczy był w głębokiej pogardzie dla komunistycznych władz wzorujących się wówczas kanonami stalinowskiego komunizmu. Nowe "polskie" władze postanowiły ukarać ten przylądek wiary poprzez nieinwestowanie w miasto, co po latach poskutkowało zastojem jego rozwoju. Nowym ośrodkiem wojewódzkim, nieobciążonym piętnem wieloletniej tradycji stał się Rzeszów. Wg przekazów starych mieszkańców Przemyśla gruz z przemyskich kamienic był ładowany na ciężarówki i posłużył do budowy właśnie Rzeszowa. Lata mijają, komunizm upadł, ale to wcale nie oznacza ponownej prosperity w Przemyślu. Zdegradowany do roli powiatu grodzkiego nadal nie otrzymuje szansy prawdziwego rozwoju. Przeprowadzane dzięki działaniom władz lokalnych starania mają raczej marginalny charakter. Brak spektakularnych inwestycji oraz konkretnych inwestorów. Jedynie dzięki współudziałowi dotacji unijnych buduje się drogi i obwodnice. Gdyby nie to, przemyskie trakty nadal piętrzyły by się od korków komunikacyjnych.

Tak o to można dojść do wniosku, że lata mijają, władze się zmieniają, a Przemyśl tkwi w marazmie i nagle okazuje się, że nasze piękne miasto ten dobrobyt i rozkwit ma już za sobą..... i, że było to w czasach panowania Cesarza Franciszka Józefa... ehhhh jak kiedyś powiedział Leszek Mazan - był zabór austriacki na terenie Galicji, i komu to przeszkadzało!...