Rotunda w konkursowych szrankach

XII-wieczna rotunda pw. św. Mikołaja, mieszcząca się w podziemiach przemyskiej archikatedry, znalazła się w zacnym gronie podkarpackich zabytków zgłoszonych do tegorocznej edycji ogólnopolskiego konkursu „Zabytek Zadbany”.

Z bliższych nam geograficznie obiektów do konkursu staje również, zlokalizowany w bolestraszyckim Arboretum, odrestaurowany dom mieszkalny, przeniesiony tu z Kalwarii Pacławskiej. Kańczuga chce się pochwalić swoim wspaniale odrestaurowanym kościołem parafialnym, a Oleszyce - rewaloryzacją pozostałości obronnego zamku Sapiehów (zniszczonego podczas II wojny światowej), gdzie oczyszczono i uporządkowano teren, odsłaniając zachowane piwnice i bastiony ziemne. Krzywe ( gm. Horyniec) ma do pokazania, uratowaną od rozpadu, drewnianą dzwonnicę - jako jedyną pozostałość po zespole cerkiewnym. Krosno zgłosiło do konkursu dwie cerkwie: murowaną - w Woli Niżnej i drewnianą - w Uluczu. Rzeszów wystawia cerkiew drewnianą w Soninie i cerkiew w Leżajsku oraz Zespół Pałacowo-Parkowy w Łańcucie. Dodajmy, że zabytki „startują” aż w sześciu kategoriach.

W ubiegłorocznej edycji konkursu, jako jedyny obiekt z Podkarpacia, nagrodzona została Zagroda - Muzeum Wsi Markowa, a Towarzystwo Przyjaciół Markowej otrzymało dyplom laureata za wzorowo wykonane prace konserwatorskie, które pozwoliły na zachowanie i utrwalenie wiejskiego krajobrazu kulturowego ważnego dla lokalnej tradycji i tożsamości.

Jeśli chodzi o przemyską rotundę, to starania o jej rewitalizację i udostępnienie zwiedzającym trwały pół wieku. Było to bardzo trudne i wymagające – ale zwieńczone sukcesem – zadanie konserwatorskie.

Organizatorzy konkursu „Zabytek Zadbany” to Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Generalny Konserwator Zabytków, a procedurę prowadzi Izba Dziedzictwa Narodowego. Obiekty zostały wytypowane przez Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków, bądź zgłoszone przez ich właścicieli albo zarządców. Wnioski wpływały do końca stycznia br., a wyniki ogłaszane są zwyczajowo w kwietniu, podczas Międzynarodowego Dnia Ochrony Zabytków.

sa


Cypr - idealne miejsce na wiosenne wakacje

Wakacje wiosną? Tak, ale tylko na Cyprze! W sezonie wiosennym nie jest gorąco, nie trzeba uciekać przed upałami. Za to można zwiedzać i korzystać z uroków pustych o tej porze, a ciepłych dla przybyszów z północy, plaż. Jeśli naprawdę chcesz poznać Cypr, wiosna jest idealną porą.

Cypr – wyspa pełna zabytków

Chociaż za kolebkę cywilizacji uważa się Grecję i to z nią głównie kojarzone są zabytki z okresu Starożytności, Cypr także nie ma powodów do kompleksów. Przecież to właśnie tu znajduje się Pafos, miasto uważane za najstarsze na świecie, a w nim zaskakująco dobrze zachowane Grobowce Królewskie oraz wyjątkowe mozaiki z II wieku wykute w litej skale. Przez lata były tajemnicą minionych lat, odkryto je dopiero w drugiej połowie XX wieku.

Ruiny starożytnego miasta Kourion zachowały się nadspodziewanie dobrze, można zwiedzać stare łaźnie, teatr i rynek. Mozaiki podłogowe zachwycają nie tylko w Pafos, także i tu. Chociaż to mało eleganckie, warto od czasu do czasu chodzić z opuszczoną głową.

Odmiennego rodzaju atrakcje czekają w górach Troodos, penetrowanych zazwyczaj przez miłośników wspinaczki i trekkingu. Są tu też stare bizantyjskie kościoły, gdzie można nacieszyć oczy malowanymi na ścianach freskami.

Cypr – wyspa Afrodyty

Według mitologii greckiej bogini miłości – Afrodyta, wynurzyła się z morskiej piany właśnie u wybrzeży Cypru, około dwudziestu kilometrów od Pafos. Pamiątką po tym wydarzeniu ma być monumentalna skała Afrodyty. Ponoć ten, kto ją opłynie trzy razy, może liczyć na przychylność bogini, które objawi się szczęściem w miłości, wieczną młodością i niezwykłą płodnością.
Opłynięcie skały pewnie nie każdemu się uda, ale jest i łatwiejszy sposób. Plaża Afrodyty pokryta jest mnóstwem drobnych kamyków. Aby zapewnić sobie wspomniane wyżej boskie dary, trzeba znaleźć kamyk w kształcie serca. Wiosna to dobra pora na takie poszukiwania. Plaża nie jest zatłoczona, warto zaplanować sobie choć jeden taki nieśpieszny dzień.

Cypr – wyspa, której trzeba posmakować

Każdy region świata może poszczycić się specyficzną kulturą i kuchnią. Nie inaczej jest na Cyprze. Tutejsze gusta kulinarne kształtowały się przez lata i są efektem nacisku z wielu stron. W cypryjskiej kuchni nie brak wpływów greckich i tureckich. Mamy tu też najlepsze, co można wziąć z kuchni śródziemnomorskiej. W efekcie cypryjskie menu opiera się na jagnięcinie i wieprzowinie oraz olbrzymiej ilości warzyw, wśród których na pierwszy plan wybija się bakłażan. Podobnie jak w Grecji, tak i tu nie brak oliwy z oliwek, która jest podstawowym tłuszczem kuchni Cypryjskiej. Jednak wizytówką kulinarną Cypru jest halloumi – słony owczy ser o konsystencji mozzarelli. Jego degustacja w czasie pobytu na Cyprze jest takim samym obowiązkiem jak spróbowanie cappuccino we Włoszech i croissanta w Paryżu.

Cypr – podwójna stolica i dwa różne światy

Wiosna to dobra pora, by odwiedzić Cypr i jego stolicę – Nikozję. To miasto niezwykłe, bo podzielone na pół i to dosłownie. Przez miasto przebiega neutralny pas ziemi zwany Zieloną Linią. Dzieje się tak ze względu na obecność na wyspie dwóch państw, Cypru i Tureckiej Republiki Cypru Północnego, nieuznawanej przez większość krajów.

Turecka część Nikozji dla przybyłych na wyspę Polaków może być niczym podróż w czasie. Gospodarka nie nadąża za szybko zachodzącymi zmianami. Tu czas stoi w miejscu, a właściwie zatrzymał się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ot, taka sentymentalna, ale bardzo ciekawa podróż w czasie. Przy tym fakt, że w obu częściach Nikozji obowiązują różne strefy czasowe to już tylko przysłowiowa wisienka na torcie.

 

Artykuł sponsorowany 


W komisie kupił auto, które było kradzione.

53- letni Ukrainiec próbował wywieźć z obszaru UE na Ukrainę wartościowego mercedesa ( na zdjęciu). Nie było by w tym nic złego, gdyby nie to, że auto zostało skradzione w Belgii.

Do zdarzenia i zatrzymania auta doszło w poniedziałek w Korczowej. Podczas zgłoszenia się do kontroli przez kierowcę  jadącego na Ukrainę, wyszło na jaw, że Mercedes E200 z roku 2017 figurował w międzynarodowej bazie poszukiwawczej jako pojazd skradziony kilka miesięcy wcześniej w UE.

Auto było na ukraińskich numerach rejestracyjnych. Kierowca dopytywany o źródło pochodzenia pojazdu twierdził, że mercedesa kupił w komisie samochodowym na Ukrainie i nie wiedział, że auto pochodzi z przestępstwa. Dalsze wyjaśnienia kierowca będzie składał polskim policjantom, którym został przekazany przez Straż Graniczną. Wartość auta wynosi około 100 tys. złotych


Frakcja „bio” od września. Informacje bardzo praktyczne

Liczba deklaracji selektywnej zbiorki odpadów komunalnych wzrosła w Przemyślu znacząco. Wydział Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska UM przyjął ich w styczniu br. ponad tysiąc (ok. 1200 to stan z 5 lutego br.) i nadal napływają. Jest to widoczny efekt podwyżki tzw. śmieciowego: z 14 zł do 23 zł za odpady zbierane selektywnie i z 20 zł do 46 zł za zbierane nieselektywnie. Dla porównania, w analogicznym okresie roku ubiegłego (kiedy to wprowadzono poprzednią podwyżkę) takich deklaracji było zaledwie 445, czyli prawie o dwie trzecie mniej.

Mieszkaniec Przemyśla produkuje rocznie średnio ok. 300 kg tzw. odpadów zmieszanych, co w sumie generuje ich ok. 15 tys. ton, a łącznie ze śmieciami z nieruchomości niezamieszkałych, wzrasta do ponad ok. 20 tys. ton.

Z problemem utylizacji śmieci musimy zmierzyć się wszyscy - jako społeczeństwo, żeby nie powiedzieć górnolotnie, jako ludzkość. Jedni wytwarzają ich mniej, inni więcej. Są też tacy, którzy mówią, że śmieci nie mają, bo np. je palą (czego przecież robić nie wolno), itd., itp. Nie ma ludzi, którzy nie produkują śmieci! Są tylko tacy, którzy chcą uniknąć opłat za ich odbiór i utylizację. Koszty są duże – i to boli. Obwiniamy producentów, że niepotrzebnie wytwarzają gigantyczne ilości opakowań i pakują towary w nadmiar folii, plastików, styropianów i tektur. A innych dystrybutorów dóbr i handlowców, że zasypują nas tonami ulotek i gazetek. To wszystko prawda. Chcielibyśmy pozbyć się kłopotliwego problemu, ale najlepiej, żeby ktoś zrobił to za nas. Tak się nie da! Ci, którzy mają świadomość proekologiczną, segregują śmieci od dawna, żeby mieć choć minimalny własny wkład w ochronę środowiska, w myśl zasady, że jeśli chcesz naprawiać świat, zacznij od siebie. Do innych przemawiają względy ekonomiczne – segregowanie, choć kłopotliwe, wychodzi taniej. Jeszcze inni próbują pozbywać się odpadów, wyrzucając je, gdzie się da. Tak czy owak, zawsze je komuś podrzucają, bo posprzątać, prędzej czy później, trzeba. I to też kosztuje.

Po najnowszej podwyżce opłat, w przemyskim wydziale gospodarki komunalnej już zauważono, że z niektórych budynków jakimś cudem nagle „zniknęło” sporo mieszkańców. Śmieci w związku z tym raczej nie ubędzie. Trudno na razie ustalić stan faktyczny. Nie znamy też rzeczywistej populacji mieszkańców naszego miasta, bo gdyby wziąć za podstawę liczby zawarte w deklaracjach odbioru odpadów, to wychodzi, że jest nas 46 103. Czy naprawdę? I w ten oto sposób uczciwie płacący, biorą na swoje barki tę ciemną liczbę migających się od opłat.

Ale prawdziwy sprawdzian z segregowania odpadów dopiero nas czeka, kiedy to, zgodnie z nowelizacją ustawy, do odpadów segregowanych dołączy piąta frakcja: „bio”, czyli tzw. odpady mokre. To już będzie wyższa szkoła jazdy -  i dla segregujących odpady, i dla odbierających je.

 

Formalnie, w obowiązek wydzielenia frakcji „bio”, czyli tzw. odpadów mokrych, wejdziemy dopiero od września 2020 roku, bo jest to ostateczny termin, kiedy będziemy musieli wypełnić zapisy ustawy, która nowelizowała ustawę o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Wtedy już każdy mieszkaniec będzie musiał segregować odpady według nowych zasad – informuje na wstępie naszej rozmowy Karol Wilk, naczelnik Wydziału Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska UM w Przemyślu. - Nie mamy jeszcze wydzielonej frakcji bio, bo są z nią problemy. Nie mamy gdzie ani czym tego wozić. Na razie segregujemy w Przemyślu według dotychczasowych zasad: tworzywa sztuczne i metal, szkło, papier, odpady zmieszane i zielone. Co do tzw. frakcji mokrej, w skład której wejdą odpady organiczne, czyli np.: resztki kuchenne, resztki warzyw i owoców, fusy z herbaty i kawy, ale już nie np.: mięso i kości czy skórki z cytrusów –  to, na obecnym etapie, jest jeszcze wiele niewiadomych. Musimy rozpocząć rozmowy z firmami przewozowymi, z odbiorcami, zastanowić się, jakiego rodzaju będą pojemniki na te szybko rozkładające się i wydzielające nieprzyjemny zapach odpady i jak często je odbierać. Ustawa przewiduje odbiór frakcji „bio” - minimum raz na dwa tygodnie. Ale wyobraźmy sobie, jaki będą wydzielać zapach po dwóch tygodniach zalegania… Będziemy musieli podjąć rozmowy w szczególności z firmą, która wywozi te odpady. No i uczulić mieszkańców nieruchomości – zwłaszcza tych wielolokalowych, aby zaopatrzyli się w stosowne pojemniki… Teoretycznie, mogłyby być to worki, ale raczej nie widzę takiego rozwiązania, z wielu względów. Nie wyobrażam sobie takich worków np. w pergoli śmietnikowej spółdzielni mieszkaniowej, która obsługuje, powiedzmy, sześć bloków... Mam też świadomość, że takie szczegółowe rozdzielanie odpadów kuchennych będzie irytowało ludzi. Nie wyobrażam sobie przechowywania takich odpadków w bloku… Tu widzę wielki problem. Teraz musimy skupić się na opracowaniu regulaminów i dać mieszkańcom, wspólnotom mieszkaniowym, czas na przygotowanie do nowego sposobu segregowania odpadów.

Z pewnością w praktyce pojawi się wiele kolejnych wątpliwości, błędów i zaniedbań. Widać to na przykładzie kłopotów kilku gmin w kraju, które z marszu przystąpiły do selektywnej zbiórki po nowemu. Zdarzyło się już kilka „zatorów śmieciowych”, bo dotychczasowi odbiorcy nie chcą przyjmować odpadów lub tzw. instalacje nie są w stanie przerabiać śmieci. W dodatku obiecane obniżki kosztów dla tych, którzy zadeklarowali kompostowanie bioodpadów, są rzędu pięćdziesięciu groszy czy złotówki, góra 3-4 złotych, co wywołuje niezadowolenie mieszkańców i wcale nie motywuje do kompostowania.

Trzeba też mieć świadomość, że jeśli odpady są źle posegregowane bądź zanieczyszczone substancjami, których w instalacjach do przetwarzania nie przyjmą - generuje to kolejne koszty, choćby transportu czy prawidłowej segregacji albo utylizacji, kiedy odbiorca dyktuje za nie np. dwukrotnie wyższą cenę. W sumie, zapłacimy za to wszyscy. Dlatego potrzebna jest dobra organizacja, edukacja, informacja – i dobra wola.

 

Tymczasem „debiutującym” w segregowaniu śmieci – choć, jeśli mają wątpliwości, powinni czytać  instrukcje – warto przypomnieć, ogólne zasady:

  • do pojemników/worków żółtych wrzucamy: plastikowe butelki, reklamówki, kartony po napojach, mleku i jego przetworach, puszki po napojach i produktach spożywczych, kubki po przetworach mlecznych (dokładnie opróżnione), plastikowe opakowania po środkach piorących, szamponach, mydłach w płynie, drobne elementy metalowe, np. zakrętki od butelek i wieczka od słoików, folie plastikowe i aluminiowe, jeśli nie są zabrudzone ( tłuste folie po maśle, margarynie czy serach – idą do odpadów zmieszanych), nie wrzucamy doniczek i skrzynek na kwiaty, plastikowych mebli ogrodowych, itp.;
  • do pojemników/worków zielonych (lub białych) wkładamy: słoiki, butelki bez zakrętek, szklane opakowania po kosmetykach – nie wrzucamy: luster, szkła okiennego i ceramiki, w tym sanitarnej;
  • do pojemników/worków niebieskich dajemy: papier (niewoskowany i niefoliowany), tekturę, gazety, ulotki – nie wrzucamy: zużytych ręczników papierowych, chusteczek higienicznych, serwetek itp.;
  • do worków brązowych wkładamy: trawę, liście, trociny, drobne gałęzie.

Pozostałe, niesklasyfikowane odpady, to tzw. zmieszane  -  i one idą to typowego pojemnika lub czarnego worka. Przypominamy, że zużytych baterii i żarówek nie wrzucamy do żadnej z wymienionych tu frakcji, lecz oddajemy je do specjalnie wydzielonych punktów odbioru.

 

sa

Zdjęcie - canva.com

 

 

 


Przemyśl i Medyka uczciły 80-tą rocznicę pierwszej wywózki Polaków na Sybir

Medyka

Bardziej rozbudowane obchody rocznicowe tego tragicznego wydarzenia sprzed 80 lat odbyły się w Medyce. Według programu przygotowanego przez Stowarzyszenie Przyjaciół Ziemi Medyckiej, przy współpracy m.in. władz Gminy Medyka oraz Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie, odbyła się w ubiegłą sobotę, w Gminnym Centrum Kulturalnym, prelekcja Tomasza Berezy z rzeszowskiego IPN o wywózce Polaków na wschód z południowo-wschodniej Polski, oraz bogato ilustrowana zdjęciami relacja dr Adama Rafała Kaczyńskiego z wyprawy na Syberię, poszukującej śladów specjalnych osad leśnych i łagrów, gdzie zsyłani byli Polacy do niewolniczej i katorżniczej pracy. Odbyła się też projekcja filmu p.t. „Na nieludzką Ziemię”, z rekonstrukcji  zorganizowanej przez Mirosława Majkowskiego. Była również wystawa fotografii Danuty Grzeszczuk p.t. „Miejsca martyrologii w sowieckiej Rosji”.

Po niedzielnej mszy w kościele parafialnym w Medyce za dusze wywiezionych stąd mieszkańców do sowieckich łagrów, odbyła się oglądana przez około tysiąc widzów, druga już z kolei rekonstrukcja historyczna ilustrująca aresztowanie i wywózkę miejscowej rodziny (w oparciu o książkę byłego mieszkańca Medyki, Stanisława Opałki, p.t. „Chłopiec z Medyki”):

Najpierw funkcjonariusze NKWD agresywnie wydobywali z ówczesnego sołtysa (w jego rolę znakomicie wcielił się obecny wójt Gminy Medyka, Marek Iwasieczko) informacje co do miejsc zamieszkania zamożniejszych chłopów z listy NKWD. Następnie brutalnie wyciągnęli z najbliższej chłopskiej chaty rodziców z kilkorgiem dzieci,  dając im pół godziny na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Wkrótce furmanka powiozła ich, płaczących, w kierunku stacji kolejowej w Medyce. Za furmanką, w „Marszu milczenia”, szło wielu kolejnych skazanych na wywózkę mieszkańców dźwigających tobołki i walizki. Na stacji przemówił do zebranych wójt Marek Iwasieczko, dziękując organizatorom i uczestnikom rekonstrukcji za ich pracę, a licznie przybyłej publiczności za obecność. Apelował też, aby Polacy jednoczyli się w sytuacji rosyjskich kłamstw o przyczynach wybuchu II Wojny Światowej i zacierania prawdy o masowej wywózce niewinnej ludności polskiej do syberyjskich obozów pracy i łagrów. Bo tylko zjednoczeni będziemy mogli skutecznie przeciwstawić się wrogiej kampanii historycznych kłamstw. Z kolei prezes Stowarzyszenia Przyjaciół Ziemi Medyckiej zapowiedział starania o postawienie na nieczynnej bocznicy kolejowej dwóch historycznych wagonów z tamtych lat, oraz o umieszczenie na ścianie medyckiego dworca PKP tablicy upamiętniającej wywózkę z tej stacji PKP na wschodnie tereny sowieckiej Rosji ponad 1100 mieszkańców. Składanie kwiatów i biało-czerwonych zniczy pod miejscem przyszłej tablicy pamiątkowej zakończyło oficjalną uroczystość, dopełnioną po powrocie do Medyki poczęstunkiem dla uczestników, przygotowanym przez miejscowe Koło Gospodyń Wiejskich.   

 

Przemyśl

Uroczystości w Przemyślu, jak co roku, rozpoczęły się mszą za dusze zmarłych Sybiraków w kościele św. Trójcy. Po mszy przedstawiciele m.in. władz miejskich i gminnych, wojska i służb mundurowych, harcerzy, strzelców i młodzieży szkolnej, złożyli kwiaty i zapalone znicze pod tablicą na klasztornym murze, upamiętniającą zesłańców pomordowanych i zmarłych na sowieckiej „nieludzkiej Ziemi”.

Główna część uroczystości odbyła się tradycyjnie na rampie kolejowej, w dzielnicy Bakończyce. Prezes przemyskiego oddziału Związku Sybiraków, Stanisława Żak, wspomniała około milion Rodaków wywiezionych w głąb Związku Sowieckiego w okresie II Wojny Światowej. W jej przekonaniu zawarte w sowieckich dokumentach niższe oficjalne liczby zdecydowanie zaniżają faktyczną ilość Polaków wywiezionych na „nieludzką ziemię”. Sybiracy, którym w roku 1946 i kolejnych latach udało się wrócić do powojennej Polski, nie mogli się organizować i świadczyć prawdę o wywózkach. Wielu z nich wkrótce po powrocie zmarło z wycieńczenia i chorób. Ukrywanie przeżytej wywózki w nieludzkich warunkach i niewolniczej pracy na Sybirze było wręcz warunkiem zdobycia wykształcenia. Gdy po upadku komunizmu w Polsce Sybiracy mogli się wreszcie zorganizować, to w 1990 roku zgłosiło się do Związku Sybiraków ponad 90 tysięcy osób. Aktualnie Związek Sybiraków liczy 20 tysięcy członków, ale są to już głównie dzieci osób wywiezionych przez Sowietów w głąb Rosji.

Joanna Preis, długoletnia prezes, a obecnie wiceprezes przemyskiego oddziału Związku Sybiraków, dobrze pamięta łomot enkawudzistów do drzwi w jej rodzinnym domu. Było to 10 lutego 1940 roku, akurat w sobotę nad ranem. Dzień tygodnia o tyle dodatkowo nieszczęśliwy, że przed wojną wszystkie gospodynie właśnie w sobotę piekły chleb na cały tydzień. W efekcie rodziny wyrwane przed świtem z domu i wiezione saniami do pociągów, nie miały ze sobą świeżego chleba, bo nie został jeszcze upieczony.  Po wtargnięciu na podwórze rodziców pani Joanny o trzeciej nad ranem enkawudzista, strasznie krzycząc i przeklinając, zastrzelił najpierw dużego psa, a potem już w domu strzelił do małego szczekającego pieska trzymanego na ręku przez 4-letnią wówczas Joasię, raniąc też dziewczynkę. Na spakowanie rzeczy dano rodzinie tylko 15 minut. Do wagonu wepchano 37 osób, w tym siedemnaścioro dzieci. Wszyscy byli bez chleba i bez wody. Płacz dzieci i rozpacz rodziców.  Przez zakratowane okienko mama Joanny zauważyła około 12-letniego chłopca, który sprzedawał na peronie bułki trzymane w koszyku. Zawołała go, aby podszedł do wagonu i sprzedał jej to pieczywo przez okienko, z którego ojcu Joanny udało się zerwać kratę. Gdy chłopiec próbował to zrobić, enkawudzista bez ostrzeżenia zastrzelił go.  Mama Joanny do końca życia nie mogła sobie darować, że przywołała tego chłopca. W trakcie sześciotygodniowej podróży do osady leśnej w obwodzie Omsk na Syberii, tylko raz w tygodniu żołnierze sowieccy otwierali drzwi i dawali wiadro śniegu i wiadro zupy z plewami. Śnieg był zabrudzony dymem z lokomotywy, więc po stopieniu woda w wiadrze była prawie czarna. Najmniejsze dziecko w wagonie miało zaledwie dwa miesiące. Były też dzieci dwuletnie, czteroletnie czy pięcioletnie. Gdy zmarła pięcioletnia dziewczynka, to na oczach jej matki enkawudzista wyrzucił martwe dziecko z wagonu prosto w śnieg. Pani Joanna może mówić o dużym szczęściu. Po sześciu latach Sybiru udało jej się z rodzicami wrócić do Przemyśla na początku 1946 roku.

Zanim różne delegacje i osoby zapaliły znicze na bakończyckiej rampie kolejowej, pani prezes Stanisława Żak dziękowała w imieniu Związku Sybiraków zarówno obecnym, jak i poprzednim władzom miejskim, za wsparcie dla działalności oświatowej wśród młodzieży szkolnej oraz za pomoc w upamiętnianiu sowieckich wywózek na Sybir. W okolicznościowych przemówieniach prezydenta Przemyśla,  Wojciecha Bakuna, wicemarszałka województwa podkarpackiego, Piotra Pilcha,  wójta gminy Przemyśl, Andrzeja Huka, oraz radnego i prezesa Przemyskiego Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznych, Mirosława Majkowskiego, zabrzmiały wezwania do przeciwstawiania się obcej kampanii kłamstw i przemilczania faktów dotyczących odpowiedzialności za rozpoczęcie II Wojny Światowej, jak również przebiegu okupacji niemieckiej i sowieckiej. Ważna jest historyczna pamięć między innymi o wywózce około miliona Polaków w głąb Związku Sowieckiego, bo  czas zaciera ślady i wkrótce pozostałości po sowieckich obozach pracy i łagrach na Syberii, jak również po grobach tysięcy zamęczonych i zagłodzonych tam Polaków - po prostu przestaną istnieć.     

(tekst i zdjęcia – jb)      


Nowa obwodnica dla Przemyśla. Jest lista miast

Rzadowy program ,,100 obwodnic" ma zmniejszyć bolączki wywołane skoncentrowaniem ruchu w miastach. Mniejsze korki, czystsze powietrze, mniejsza ilość wypadków z udziałem pieszych i przyspieszenie tranzytu-oto korzyści jakie płyną z budowy obwodnic.

Przedsięwzięcie ma przede wszystkim zwiększyć bezpieczeństwo na polskich drogach. W statystykach dotyczących bezpieczeństwa drogowego zajmujemy bowiem odległe miejsce na tle innych krajów UE. Co więcej, do większości wypadków dochodzi na terenie zabudowanym (71,2% zdarzeń).

Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk przedstawił w sobotę założenia programu i listę miast, w których powstaną obwodnice. Wśród ośmiu miejscowości na Podkarpaciu objętych programem jest Przemyśl.

Przemyśl nie posiada obwodnicy pomiędzy drogą nr 77 (kierunek na Kraków i Warszawę) a drogą nr 28 (Sanok, Barwinek). Planowana obwodnica spięłaby także drogę nr 884 (na Domaradz). W chwili obecnej ruch z kierunku Sanoka na  Kraków lub Lublin przechodzi przez centrum miasta. Powoduje to hałas, zanieczyszczenie, ale także degradację zabytkowej substancji starego miasta. Obwodnica rozwiązałaby także sprawę przyszłego ruchu z budowanego przejścia w Malhowicach. Kierowcy jadący z Malhowic w kierunku Sanoka nie musieliby wjeżdżać do centrum miasta.

Budowa obwodnicy to kolejna zapowiedź dużej inwestycji w naszym mieście złożonej przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Przypomnijmy, że w trakcie kampanii wyborczej do parlamentu w 2019 roku padła ze strony Mateusza Morawieckiego deklaracja budowy w Przemyślu wielkiego portu kolejowego. Wcześniej pojawiały się także pomysły budowy zakładu przetwórczego w ramach Polskiego Holdingu Spożywczego.

O planach budowy portu kolejowego przeczytasz TUTAJ.

Program sfinansowany ma zostać z pieniędzy Krajowego Funduszu Drogowego. Pierwsze przetargi mają być rozpisane jeszcze w tym roku, Przemyśl musi jednak poczekać, ponieważ nie ma jeszcze konkretnych planów przebiegu przemyskiej obwodnicy.


Znowu zgrzyt. Ostra wymiana zdań na linii Przemyśl-Lwów

 

W wywiadzie udzielonym lwowskiemu dziennikowi Wysokij Zamok (Wysoki Zamek), nowa konsul RP we Lwowie Eliza Dzwonkiewicz opowiedziała o swoich pierwszych miesiącach w roli dyplomaty, drodze do tego stanowiska, a także o wielkim wrażeniu jakie wywarło na niej miasto, które uważa za jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziała.

Wywiad jednak nie był sielankowy. Pytana o pogorszenie stosunków polsko–ukraińskich, Dzwonkiewicz  broniła prezydenta Andrzeja Dudy od zarzutu populizmu. Stanowczo, choć dyplomatycznym językiem, zwracała uwagę na fakt, że Polska nie akceptuje kultu Szuchewycza i Bandery, którzy przez wielu Ukraińców są postrzegani jako bohaterowie.

Gdy pojawiło się pytanie o zmianę nazwy ulicy Kocyłowskiego w Przemyślu, Dzwonkiewicz stwierdziła, że zmiana nazwy ulicy to dzieło władz samorządowych Przemyśla, a nie rządzącej w Polsce Zjednoczonej Prawicy. Polska konsul stwierdziła, że w radzie miejskiej w Przemyślu przy władzy są ,,opozycjoniści z przeważnie nacjonalistycznymi poglądami".

W reakcji na słowa E. Dzwonkiewicz, wiceprzewodniczący Rady Miejskiej w Przemyślu Andrzej Zapałowski skierował do Konsula Generalnego RP we Lwowie list, w którym znalazły się słowa: 

Przed laty emitowano w TVP film czechosłowacki pt. ,,Szpital na peryferiach” w reż. Jaroslava Dudka. Szczególnie utkwił mi w pamięci fragment dialogu- Gdyby głupota miała skrzydła, to latała by pani niczym gołębica”. Miłych lotów pani życzę oraz kolejnych równie twórczych przemyśleń-  A. Zapałowski.

 

Na zdjęciu po lewej Eliza Dzwonkiewicz, po prawej Andrzej Zapałowski

 

zdj.konsulat RP we Lwowie,

biw


Dziwne porządki na ulicy Bolesława Śmiałego

Kilkanaście dni temu ekipy miejskie rozpoczęły przycinanie gałęzi drzew rosnących przy ulicy Bolesława Śmiałego. Jak jednak informuje nas Czytelnik, mimo tego, że przycinanie drzewek  zakończyło się w poniedziałek, nie posprzątano kopczyków powstałych ze  ściętych konarów i gałązek.

Zdaniem czytelnika jest to o tyle irytujące, że kupki gałęzi nie wiadomo na co czekają i zaczynają się rozpadać. Małe i większe gałęzie wystają na chodnik, a część z nich zaczęła już zaśmiecać ulicę.

Codziennie spaceruję tą drogą i nie wiem, na co czekają służby miejskie ze sprzątaniem zebranych gałęzi. Razi mnie ta bylejakość w działaniu - z listu Czytelnika.

Odpady są złożone w okolicy bramy wejściowej zasańskiego cmentarza. Trudno nie zgodzić się z poglądem, że rozpadające się kupki gałęzi to wątpliwa ozdoba tego miejsca.

uzi


„Tam jest Sajgon”. Poseł Marek Rząsa kontratakuje

Na dzisiejszej konferencji prasowej poseł Marek Rząsa przedstawił informacje na temat utworzenia powiatowego i przemyskiego sztabu wyborczego Małgorzaty Kidawy -Błońskiej. Szefem sztabu w powiecie został właśnie M. Rząsa, a sprawami organizacyjno-technicznymi ma się zająć się szef struktur powiatowych PO Tomasz Schabowski.

Istotną częścią konferencji było odniesienie się posła do fali krytyki, jaka przeszła po zorganizowaniu przez niego tzw. okrągłego stołu ws. służby zdrowia w Przemyślu. W trakcie spotkania zaproszony przez M. Rząsę marszałek senatu Tomasz Grodzki stwierdził, że połączenie szpitali było korzystnym zabiegiem. Z takim poglądem poseł M. Rząsa polemizował przez wiele lat twierdząc, że połączenie szpitali było de facto likwidacją jednego z nich. Słowa marszałka Grodzkiego dały nowe argumenty krytykom działalności Rząsy w Przemyślu.

W trakcie konferencji Rząsa skrytykował porządki panujące na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym i w przychodniach w szpitalu im. Ojca Pio w Przemyślu.

Tam jest po prostu Sajgon. Setki stłoczonych ludzi, gorąco, panie rejestratorki pracujące w skandalicznych warunkach i kolejki tworzące się w recepcji - M. Rząsa.

Poseł Platformy Obywatelskiej zapowiedział ,,drążenie” tematu łóżek zlikwidowanych w przemyskiej lecznicy. Chodzi o to, co konkretnie z nimi się stało - czy zostały złożone w magazynach, czy też przekazanego do innego szpitala.

Zdjęcie - S. Jasiński 

 


Strzał w dziesiątkę - nowoczesna strzelnica dla Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej

Z dumą i błyskiem w oku prezentowali funkcjonariusze Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej w Przemyślu nową strzelnicę pistoletową, oddaną do użytku w czwartek, 6.02. br.

Na uroczystym otwarciu obecni byli m. in.: komendant główny Straży Granicznej gen. dyw. SG Tomasz Praga, wicewojewoda podkarpacki Jolanta Sawicka, wicemarszałek województwa podkarpackiego Piotr Pilch, prezydent Miasta Przemyśla Wojciech Bakun oraz przedstawiciele służb mundurowych i duchowieństwa. Rolę gospodarza pełnił komendant Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej - gen. bryg. SG Robert Rogoz.

Uczestnicy ceremonii podkreślali, że to właśnie na ludziach z Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej spoczywa ciężar ochrony nie tylko granicy naszego kraju, ale jednocześnie zewnętrznej granicy Unii Europejskiej. A współczesny funkcjonariusz straży granicznej ma coraz częściej do czynienia z przestępczością zorganizowaną i musi do perfekcji opanować techniki interwencji, sztukę walki wręcz i posługiwania się bronią palną. I jakby na potwierdzenie tych słów mieli oni okazję na własne oczy zobaczyć sceny, jak z sensacyjnego filmu, w wykonaniu „chłopaków” ze straży granicznej, które rozegrały się w nowo otwartej strzelnicy.

Strzelnica jest jedną z najnowocześniejszych na Podkarpaciu. Znajduje się tu 7 stanowisk do strzelania na odległość do 25 m, z ruchomymi tarczami o regulowanej prędkości poruszania, co pozwala strzelać do ruchomego celu. Możliwe są tu szkolenia przy użyciu różnego rodzaju broni, którą dysponuje straż graniczna, a są to: pistolety, pistolety maszynowe, karabinki, broń gładkolufowa i pneumatyczna. Multimedialny trenażer strzelecki umożliwia użycie broni laserowej i amunicji ostrej. Najnowocześniejsze systemy elektroniczne, optyczne i akustyczne pozwalają na pozorowanie najróżniejszych sytuacji zagrożenia - gdyż w rzeczywistych akcjach trzeba działać w trudnych warunkach, np. w złym oświetleniu i wychwytywać różnego rodzaju bodźce dźwiękowe.

Istotną rzeczą, jeśli chodzi o bezpieczeństwo użytkowników strzelnicy, są zabezpieczenia antywypadkowe oraz bardzo wydajny system wymiany powietrza, chroniący przed skutkami działania gazów prochowych uwalnianych podczas strzelania.
Obiekt dysponuje również salami szkoleniowymi, m. in. do ćwiczenia technik interwencji oraz rozbudowanym zapleczem, w tym warsztatowym i medycznym.
Na strzelnicy Bieszczadzkiego Oddziału SG swoje umiejętności będą mogli doskonalić również funkcjonariusze innych służb mundurowych.
Dodać warto, że wiele słów uznania padło pod adresem wykonawcy obiektu, do którego raz po raz ktoś podchodził, mówiąc spontanicznie: „Dobra robota!”...

Strzelnicę wzniesiono kosztem 8 mln złotych, a sfinansowana została w ramach „Programu Modernizacji Policji, Straży Granicznej, Państwowej Straży Pożarnej i Służby Ochrony Państwa w latach 2017 -2020”.

sa

Zdjęcia - E. Pikor, Bieszczadzki Oddział Straży Granicznej w Przemyślu