Czekając na cud w Przemyślu

Niedawno Przemyśl odwiedził minister Morawiecki, który podróżuje po Polsce i przedstawia swój program poprawy losu miast większych i mniejszych. Nie wchodząc w szczegóły jego planu, zwróciłem uwagę na komentarze jakie towarzyszyły wizycie ministra na przemyskich forach internetowych. Przebijała taka nuta: znowu przyjechał ważniak z Warszawy, naobiecywał, a nam trzeba panie konkretów, fabryk, bo tu bida i bez przemysłu giniem.

Z różnych powodów nie jestem szczególnym fanem ministra Morawieckiego. Ale otwieram szczęki ze zdumienia, gdy widzę takie oczekiwania przemyślan co do spraw gospodarczych swego miasta. Bo, przepraszam bardzo, zawsze mi się wydawało, że od budowania fabryk są fabrykanci, a nie ministrowie. Minister to może wstęgę przeciąć, ale fabryki budują albo zewnętrzne firmy, które decydują się inwestować w danym mieście, albo lokalni przedsiębiorcy, których zakłady się tak rozwinęły, że stają się z manufaktur fabryczkami, a z fabryczek fabrykami. A tak ogólnie, to fabryki powstają tam, gdzie są korzystne warunki do ich stawiania. A że u nas takich warunków nie ma, to inna para kaloszy i temat na osobną pogadankę.

Pamiętam złote czasu bazaru i tak zwanej granicy. Ileż to fortun i fortunek powstało na handlu butami, ,,fajkami" i ciuchami. I czy przełożyło się to na powstanie normalnych, stabilnych firm przemyskich? Nie, choć tak być powinno. Z bazarowych fortun nie powstały fabryki. Dlaczego tak się stało? Pewnie łatwiej było żyć z granicy niż odkładać kapitał, pewnie trzeba było kupić nowe BMW, może po prostu jakoś nie było zwyczajnie czasu.

Niestety, zewnętrzni inwestorzy też się tu nie wybierają. Raz, że daleko od nas do rynków zbytu i logistyka przemawia za tym by wybierać inne lokalizacje, po drugie duży pracodawca najpewniej natknąłby się tutaj na problem jaki trapi całą polską gospodarkę czyli na problem braku rąk do pracy. Już teraz znalezienie solidnego pracownika w Przemyślu jest bardzo trudne. Mówią to właściciele firm budowlanych, handlowych, informatycznych, hydraulicznych, gastronomicznych i innych. Pensja na poziomie 1600-1800 złotych ,,na rękę" niewielu już interesuje. A fabryki więcej nie płacą.

Wiem, wiem. Bezrobocie u nas panie wysokie, bez fabryk giniem. Wiem też, że oficjalne statystyki a rzeczywistość to dwa różne światy. Dlatego skończyłoby się pewnie tak samo jak w specjalnych strefach ekonomicznych na Dolnym Śląsku. W dotowanych przez polskiego podatnika strefach-tak, strefy są dotowane- pracują Ukraińcy, którzy produkują, także dotowane, części dla niemieckiego przemysłu. Ekonomiczna paranoja. I prawdopodobne, że do tych przemyskich fabryk także trzeba byłoby zatrudnić Ukraińców z Mościsk, Niżankowic czy Sambora. Przyjeżdżaliby do pracy busami, i wracaliby do domu na wieczór, wydając całą pensję w medyckiej Biedronce. I taki to byłby zysk dla Przemyśla. Żaden.

Może się mylę. To ludzkie. Może jesteśmy rajem do inwestowania, a takie firmy jak, Whirpool, Apple i IKEA tylko przez cały ciąg splotów okoliczności i przypadków nie odkryły Przemyśla. A może, jak zwykle, wszystkiemu winny Rzeszów? Oczywiście, zostawiając ironię na boku, życzyłbym sobie, żeby w Przemyślu nieuciążliwe zakłady powstały. Niemniej wygląda na to, że jeśli chcemy fabryk, musimy je sobie wybudować sami. Co nie byłoby takie złe.

Zresztą, taka wielka, jeszcze pusta, fabryka już stoi. Gotowa do zarabiania dużych pieniędzy, choć nieco zaniedbana. Trochę psuta przez psujów. Bez sensownej dyrekcji. Ale jest. Ta potencjalna fabryka pieniędzy to miasto Przemyśl, które ma wiele danych by odnieść duży finansowy sukces oparty na turystyce i spędzaniu wolnego czasu. Bo to nie przemysł IT czy hi-tech, a przemysł turystyczno - rekreacyjno - kulturalny jest najszybciej rosnącym sektorem światowej gospodarki. I tak trzeba na sprawę turystyki popatrzeć- jako na lukratywny, czysty biznes. A zasadniczy problem mamy nie z brakiem fabryk, a z sobą samymi. Bo siedzimy na worku pełnym złota, ale nie potrafimy po nie sięgnąć.

Błażej Wilk

Poglądy wyrażone w tekstach pisanych w ramach blogu Portalu Przemyskiego są osobistymi poglądami autorów i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji. Blogi ukazujące się na naszych łamach mają na celu umożliwienie mieszkańcom Przemyśla podzielenia się własną wiedzą, doświadczeniami oraz opiniami na temat miasta i spraw jego dotyczących.


Przemyśl i beton

Przyszło mi ostatnio podróżować słynnym pociągiem Pendolino. Nie żebym był zwolennikiem podróżowania w ciasnym wagonie za cenę podobną do ceny biletu lotniczego, co to, to nie. Przyczyna była prozaiczna. Mój pociąg z Krakowa do Przemyśla miał kilkaset minut opóźnienia i kolej przebukowała mi bilet z przesiadką w Rzeszowie.

Pendolino jedzie z Krakowa do Rzeszowa godzinę i czterdzieści siedem minut. Za komuny ekspres na tej trasie jechał godzinę pięćdziesiąt, niewielki postęp - szeptał emerytowany kolejarz siedzący naprzeciw i rozglądał się wokół jakby w obawie, że zza fotela wyskoczy ktoś, kto w dekomunizacyjnym szale pozbawi go kolejarskiej emerytury za głoszenie takich niepoprawnych politycznie herezji. Ale co się dziwić - ciągnął -skoro przetarg na Pendolino był najdziwniejszym historii PKP. I teraz panie trzeba pod ten pociąg przerabiać tory, łuki, mosty.

Tak, coś o tym słyszałem od różnych tuzów kolejarskich, gdy tłumaczyli, że most kolejowy w Przemyślu nie spełnia nowych wymagań. Mówili, że skoro żyjemy w nienormalnym kraju, to trzeba stosować nienormalne rozwiązania i że trzeba czasem jakiś zabytek wyburzyć i że ogólnie, wiecie panowie, jest ciężko.

Co do tego zgoda. Ciężko jest zwłaszcza w urzędach, gdy chce się przekonać do innych racji niż te zadekretowane. A jeszcze ciężej uzyskać w nich jakąś informację, mimo że gwarantuje to konstytucja. Ale kto by się nią przejmował. Pamiętam miny kolegów z inicjatywy Uratujmy most w Przemyślu, gdy po miesięcznym oczekiwaniu na informację publiczną od konserwatora zabytków dostaliśmy kilka kartek papieru, które były spławieniem natrętów a nie informacją.

Betonowy most pewnie powstanie i nic tam panorama miasta i inne drobiazgi. Za dużo ważnych osób tego chce, a nie od dziś wiadomo, że nowoczesne mosty wygrywają wybory. Co prawda trzeba było się tym ważnym osobom trochę naużerać ze społecznikami, zrobić lipne konsultacje, by potem nie przejąć się ich wynikami, w tajemnicy rekomendować inne rozwiązania niż te, które się deklarowało na konferencjach prasowych. I generalnie trzeba było tak obrócić kota ogonem, że żaden przeciętny mieszkaniec Przemyśla nie wie już o co w tym wszystkim chodzi.

Ale koniec tej historii jeszcze nie nastąpił. Już w tym roku miasto stanie przed szansą jaką jest wpisanie Twierdzy Przemyśl na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Zabiegi władz o wpis, połączone z planami zniszczenia austriackiego mostu i zdewastowania panoramy wzgórza zamkowego sześciopiętrowym apartamentowcem, to ekwilibrystyka najwyższej klasy. Ale ta akrobacja może skończyć się bardzo bolesnym upadkiem, jak nie przymierzając, twarzą o beton.

Błażej Wilk

Poglądy wyrażone w tekstach pisanych w ramach blogu Portalu Przemyskiego są osobistymi poglądami autorów i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji. Blogi ukazujące się na naszych łamach mają na celu umożliwienie mieszkańcom Przemyśla podzielenia się własną wiedzą, doświadczeniami oraz opiniami na temat miasta i spraw jego dotyczących.