Ostry list Roberta Chomy do Bronisława Komorowskiego w sprawie uznania przez ukraiński parlament członków UPA za "bojowinków o wolnośc"

Prezydent Przemyśla Robert Choma ostrymi słowami skrytykował decyzję objęcia ochroną prawną dobrego imienia ukraińskich organizacji nacjonalistycznych, które w trakcie II Wojny Światowej wymordowały ponad 100 tys. ludności polskiej na Wołyniu i województwie lwowskim. Parlament ukraiński uchwałę tą podjął na tym samym historycznym posiedzeniu, w trakcie którego wystąpił prezydent RP Bronisław Komorowski.

Robert Choma w liście skierowanym do Kancelarii Prezydenta RP przypomniał, że w Przemyślu żyje wciąż wiele ludzi pamiętający o zbrodniach na Wołyniu. Powoduje to, że relacje pomiędzy Polską a Ukrainą inaczej wyglądają z naszego miasta, a inaczej z Warszawy. Wyraził żal, że decyzja ukraińskiego parlamentu miała miejsce w dniu wizyty Bronisława Komorowskiego.  Uchwała ta nie będzie sprzyjać dobrym relacjom polsko - ukraińskim. Sprzeciw Roberta Chomy budzi budowanie wzajemnych kontaktów na nieprawdzie historycznej.

Z tego co nam wiadomo, jest to pierwszy protest w tej sprawie, który został wystosowany przez urzędnika wybranego w powszechnych wyborach. Na pytanie kiedy i jak odpowie kancelaria Bronisława przyjdzie nam jeszcze poczekać. Istotne też jest, ilu innych włodarzy miejskich wystosuje do Prezydenta RP podobny list.

 

 


Lekcja wyobraźni. Przemyska ulica rodem z epoki kamienia łupanego

Ładne kwiatki zostały ostatnio posadzone na wysepce przy zbiegu ulic Sportowej – Jagiellońskiej. Trzeba przyznać - włodarze dbają o estetykę miasta, przechodnie mogą nacieszyć oczy widokiem różnokolorowych bratków, wszystko niby w porządku, ale …

Wykonawcy tej pięknej rabaty zabezpieczając kwiaty przed ich zniszczeniem przez nieostrożnych kierowców, wykazali się zupełnym brakiem wyobraźni. Ustawili na jej końcu dwa duże, ostro zakończone głazy, które jednak zza kierownicy mało doświadczonego kierowcy mogą być zupełnie niewidoczne. Wjeżdżając z ulicy Sportowej na wewnętrzny pas ulicy Jagiellońskiej, o przerysowanie boku samochodu nietrudno. A wtedy kto pokryje koszty naprawy??? Czy aby nie podatnik ??

Piotr Wittbrot


20 lat temu Polonia Przemyśl została wicemistrzem Polski. Wywiad z trenerem zespołu Tomaszem Służałkiem

Niedawno napisałem kilka słów na temat wywalczenia przez koszykarzy Polonii Przemyśl wicemistrzostwa Polski - właśnie mija 20 lat od tego wydarzenia. Zdaniem wielu, ten rezultat to największy sukces w dziejach przemyskiego sportu. Jednym z głównych autorów tak znaczącego osiągnięcia zespołu, debiutującego wówczas w krajowej elicie, był bez wątpienia jego trener - Tomasz Służałek.

W ostatnich tygodniach udało mi się nawiązać kontakt z tym znanym szkoleniowcem, aktualnie prowadzącym ekipę I-ligowych koszykarzy Zagłębia Sosnowiec. Poniżej przedstawiam zapis blisko godzinnej rozmowy telefonicznej (oczywiście potwierdzony przez mojego rozmówcę).

Co zdecydowało o tym, że w sezonie 1993/1994 przyjął Pan ofertę Polonii Przemyśl? Mogłoby się wydawać, że prowadzenie zespołu grającego w ówczesnej drugiej lidze było zajęciem poniżej aspiracji dość znanego szkoleniowca...
 
Miałem wówczas przerwę w pracy, nie byłem zatrudniony przez żaden klub. W Przemyślu występował Justyn Węglorz, którego wiele lat prowadziłem w Zagłębiu Sosnowiec, a w tamtym sezonie wrócił do gry po poważnej kontuzji. Polonia miała silny skład, po którym spodziewano się, że będzie w stanie awansować do I ligi (obecnie ekstraklasa – przyp. autor). Jednak w styczniu 1994 roku zespół zajmował bodajże trzecie miejsce, wobec czego cel postawiony przed drużyną oddalał się. Wówczas skontaktowali się ze mną prezes Polonii Stanisław Gembarzewski i wiceprezes Józef Lewicki. Spotkaliśmy się w Przemyślu, przedstawiono mi cel – awans do I ligi, który bezpośrednio uzyskiwał tylko triumfator rozgrywek. Lubię trudne wyzwania, więc zdecydowałem się przyjąć ofertę. Przed rozpoczęciem pierwszego meczu w roli trenera, jaki rozgrywaliśmy we własnej hali, powitano mnie bardzo pozytywnie – gdy spiker wyczytał moje nazwisko podczas prezentacji, widzowie wstali i długo bili brawo. Kibice docenili, iż Polonię zaczął szkolić znany w polskiej koszykówce trener. Moim asystentem został dotychczasowy pierwszy trener – Mariusz Zamirski, w sztabie pozostał także nieżyjący już Andrzej Nanuś. Chciałem, aby zostali przy zespole, ich wiedza na temat zawodników była bardzo pomocna i świetnie mi się z nimi współpracowało. Kolejne spotkania wygraliśmy, pięliśmy się w górę tabeli i przy sprzyjających wynikach innych gier, ostatecznie zajęliśmy pierwsze miejsce w sezonie zasadniczym, co dawało atut własnego boiska w fazie play-off (każda runda była wówczas rozgrywana do dwóch zwycięstw – przyp. autor). Weszliśmy do finału, gdzie naszym rywalem był Start Lublin. Najpierw graliśmy na wyjeździe – po wywalczonym w Lublinie zwycięstwie znajdowaliśmy się już tylko o krok od awansu do I ligi, mając w perspektywie mecz na naszym parkiecie. Było to wielkie święto dla całego miasta, do hali przyszedł nadkomplet widzów. Wygraliśmy wyraźnie i zapanowała ogromna radość. Polonia pod moją wodzą przegrała tylko raz – w półfinale play-off.
Po tym sukcesie, który oznaczał debiut popularnych Niedźwiadków w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce, władze klubu zaproponowały Panu dalszą współpracę.

Powierzając mi prowadzenie zespołu w ekstraklasie, działacze kierowali się tym, że posiadałem już duże doświadczenie na tym szczeblu – nie tylko sportowe, ale i organizacyjne. Budowa drużyny na ekstraklasę wcale nie była łatwa i niewiele osób dawało nam szansę na utrzymanie się. Przykładem może być choćby felieton ówczesnego redaktora naczelnego „Tempa” - Ryszarda Niemca, który po podpisaniu kontraktów z doświadczonymi Dariuszem Szczubiałem i Wojciechem Królikiem oraz kontynuacji gry przez Węglorza pisał, że w Polonii będzie park jurajski.
Czym kierował się Pan przy wyborze zawodników?
Zawsze miałem swoją koncepcję pracy i do niej poszukiwałem odpowiednich ludzi. Dlatego udało nam się namówić do występów w Polonii właśnie Szczubiała, którego prowadziłem już wcześniej przez wiele lat, zdobywaliśmy razem mistrzostwo Polski z Zagłębiem Sosnowiec, a następnie pracowaliśmy na Węgrzech. Znałem jego walory, a wiadomo było, że nie ma zbyt dużego wyboru, jeśli chodzi o zawodników na pozycję rozgrywającego. Zmiennikiem Szczubiała był Krzysztof Mila. Poza tym zdecydowaliśmy się pozyskać dwóch koszykarzy Polonii Warszawa – na pozycję nr 2 doświadczonego Królika, który we wcześniejszym sezonie został królem strzelców ekstraklasy i młodego Arkadiusza Miłoszewskiego, który razem z Węglorzem wymieniał się na pozycji niskiego skrzydłowego. Brakowało zatem jeszcze odpowiednich graczy podkoszowych - ze składu, który awansował, pozostał Artur Olszanecki, natomiast nie mogliśmy dojść do porozumienia z Dariuszem Kobylańskim. Dzięki moim koneksjom w USA, najpierw sprowadziliśmy Daryla Thomasa, który pomógł ściągnąć swojego kolegę - Nathana Buntina. Skład uzupełniali wychowankowie – Tomasz Przewrocki i Piotr Oleszek, w trakcie rozgrywek powrócił Wojciech Banaś, który miał wiele miesięcy przerwy spowodowanej poważnym wypadkiem samochodowym. Głównym celem, jaki sobie postawiłem, było jak najwyższe miejsce w tabeli, ale przede wszystkim chciałem, aby zespół spokojne utrzymał się i zadomowił na tym szczeblu rozgrywek.
Tymczasem rzeczywistość przerosła te wyobrażenia.
Zgadza się. Nie sądziłem, że moja współpraca szkoleniowa z trenerem Zamirskim przyniesie tak znakomite efekty. W zespole była bardzo dobra atmosfera, po meczach zbieraliśmy się w barze „U Wróbla”. Całe miasto żyło koszykówką. Hala była całkowicie wypełniona na każdym spotkaniu, kibice znakomicie nas dopingowali, będąc wręcz naszym szóstym zawodnikiem. Takiego wsparcia dla swojej drużyny, jak w Przemyślu, nie było wówczas w żadnej innym mieście. Bardzo wiele osób przychodziło też na nasze treningi. Praca w takich warunkach była wielką przyjemnością.
Zanim rozpoczął się sezon ligowy, Polonia wystartowała w Pucharze Koraca. Czy uważa Pan, że ta decyzja była słuszna?
Jak najbardziej. Sam namawiałem władze klubu, aby zgłosić się do tych rozgrywek. Po przejściu pierwszej rundy, graliśmy z Arisem Saloniki. Mecz w Przemyślu był znakomity, mocno przeciwstawiliśmy się tej bardzo utytułowanej drużynie. Doskonale pamiętam do dziś - jak zapewne wielu kibiców Polonii - że kiedy byliśmy na fali i wyszliśmy na prowadzenie, nagle w hali zgasło światło, więc sędziowie przerwali grę na około 10 minut. Ostatecznie przegraliśmy różnicą 6 pkt, a trzeba przypomnieć, że Aris należał w tamtym czasie do europejskiej czołówki. Było to dla nas niesamowitym wyzwaniem, a zarazem cennym doświadczeniem, dzięki któremu mogliśmy zgrywać się jako zespół i poznać swoją wartość. Na rewanż pojechaliśmy bez kontuzjowanego Thomasa, a mimo to udało nam się wygrać dwoma punktami! Do sensacyjnego awansu zabrakło niewiele, w końcówce Królik nie trafił rzutów wolnych. Po zakończeniu spotkania kibice rzucali w nas monetami, a działacze Arisu nie pojawili się na pomeczowej kolacji – byli bardzo rozczarowani, bo nie sądzili, że jakaś mało znana drużyna z Polski potrafi zwyciężyć na ich boisku.
Kolejne zwycięstwa ligowe powodowały, że Polonia szybko usadowiła się w ścisłej czołówce tabeli. Czy działacze postawili wówczas przez Panem zadanie walki o medal albo nawet tytuł mistrzowski?
Jak wspomniałem – początkowo lokalne media sceptycznie podchodziły do naszego startu w I lidze. Natomiast działacze nie wtrącali się do budowy składu ani nie ingerowali w to, co się dzieje w zespole. Wszystko na spokojnie ustalałem z prezesem Gembarzewskim i wiceprezesem Lewickim. Podpowiadałem im też trochę w zagadnieniach organizacyjnych, bo pod tym względem wyglądaliśmy gorzej niż wyniki drużyny. Jako przykład podam, że bodajże na pierwszy wyjazd mieliśmy wybrać się bardzo starym autobusem, może nawet 30-letnim. Amerykanie byli tak zdumieni, że tylko do niego weszli i zaraz wyszli. Działacze szybko jednak zrobili duże postępy w sprawach związanych z organizacją. Jak wspomniałem - miałem też duże wsparcie ze strony asystenta. Z Mariuszem Zamirskim świetnie mi się współpracowało, szanowałem go za wyniki, które osiągnął jako pierwszy trener przed moim przyjściem. Jeśli chodzi natomiast o nasze rezultaty w ekstraklasie, staliśmy się postrachem dla wszystkich rywali. Choćby tak cenione wówczas ekipy, jak Śląsk Wrocław, Stal Stalowa Wola, Stal Bobrek Bytom czy Lech Poznań musiały pogodzić się z wysokimi porażkami w naszej hali. W drugiej rundzie sezonu zasadniczego ten sam los spotkał jednego z faworytów, czyli Mazowszankę Pruszków. Byliśmy niepokonani u siebie, odnosiliśmy również ważne wygrane na wyjazdach, dzięki czemu cały czas plasowaliśmy się na pierwszym lub drugim miejscu. Po zwycięstwie w Przemyślu z Nobilesem Włocławek zapewniliśmy sobie pozycję lidera przed fazą play-off. Taki rezultat osiągnięty przez beniaminka ekstraklasy był sporym zaskoczeniem dla wielu osób interesujących się polską koszykówką.
Czy uważa Pan, że biorąc pod uwagę zestawienie personalne, prowadzony przez Pana zespół osiągnął w przekroju całych rozgrywek maksimum swoich możliwości?
Myślę, że może nie 100 procent, ale blisko tej granicy. Wszyscy zawodnicy grali na swoim najwyższym poziomie. Muszę powiedzieć, że trafiliśmy na świetnych Amerykanów, którzy bardzo dobrze wkomponowali się do drużyny i świetnie ze sobą współpracowali. Thomas w czasie swojej kariery akademickiej zdobył z Indiana University mistrzostwo ligi NCAA, co w USA jest niezwykle cenionym osiągnięciem. Swoje duże umiejętności i wszechstronność potwierdzał grając w Polonii. Z kolei Buntin pojawił się w Przemyślu nieprzygotowany, z nadwagą i niektórzy w klubie powątpiewali w jego przydatność. Jednak widziałem, że ma duży potencjał. Zacząłem trenować z nim indywidualnie, pracując nad poprawą jego kondycji i zbiciem wagi. Po pewnym czasie stał się najlepszym środkowym ligi. Naszą siłą był również obwód. Szczubiał, jak na swój wiek, przechodził samego siebie, znakomicie rozgrywając akcje zespołu, Mila wspaniale spisywał się w defensywie, Królik wielokrotnie trafiał z nieprawdopodobnych pozycji za 3 pkt, również Węglorz nieraz celnie przymierzał z dalszej odległości.
Po pokonaniu w fazie play-off najpierw Lecha Poznań, a później – po bardzo zaciętej walce – Aspro Śnieżki Świebodzice, Polonia awansowała do finału, gdzie zmierzyła się z Mazowszanką Pruszków. Jak wspomina Pan te najważniejsze starcia w sezonie 1994/1995?
Do rywalizacji finałowej byliśmy przygotowani bardzo dobrze. Decydujące znaczenie dla końcowego rozstrzygnięcia miało pierwsze spotkanie. Doskonale pamiętam, jak przed jego rozpoczęciem zobaczyłem sędziego Wiesława Zycha, który miał kontuzjowaną nogę i w zasadzie nie mógł chodzić. Prowadziliśmy kilkoma punktami, a w ostatnich minutach ten arbiter nie uznał trafienia Szczubiała z rzutu wolnego, dopatrując się przekroczenia linii. Mało tego – Buntin był w końcówce wręcz przewracany i szarpany przez rywali w strefie podkoszowej, a to jemu odgwizdywano faule. Poza tym zauważono kilka innych dziwnych błędów, rzekomo popełnionych przez moich zawodników. Według mnie to sędziowie wypaczyli wynik zawodów. Szczególnie przyczynił się do tego pan Zych, którego postawa w tym meczu budziła poważne zastrzeżenia. Nie chcę mówić o tym zbyt wiele, jednak nie tylko ja mam taką opinię, ale również osoby postronne ze środowiska koszykarskiego. To zwycięstwo dało Mazowszance przewagę psychologiczną, która wzrosła po wygraniu drugiego spotkania, tym razem rozgrywanego w Pruszkowie.
Wówczas Polonia stała pod ścianą, gdyż aby zachować realne szanse na tytuł, musiała wygrać dwie kolejne potyczki, do których doszło w hali przy ul. Mickiewicza. Jednak już w pierwszej z nich zdecydowanie lepsi okazali się rywale. Kibice zareagowali wówczas bardzo negatywnie, oskarżając Pana i zawodników o sprzedanie meczów.
Przemyśl jest specyficznym miastem. Balon nadmuchany był tak mocno, że w pewnym momencie wszyscy w mieście spodziewali się wyłącznie zdobycia mistrzostwa. Tonowałem te nastroje, ale niewiele to dało, bo oczekiwania były już maksymalne. Po dwóch porażkach ktoś puścił plotkę, która była zupełnie nieprawdziwa. Podobno widziano, jak koszykarze wybierali samochody, które mieliby dostać w zamian za odpuszczenie walki. Dochodziło do niemiłych sytuacji – zawodników wyzywano na ulicy, a ja zostałem wprost zapytany przez jedną z sąsiadek, za ile sprzedałem te mecze, zniszczono też moje auto. To był kompletny nonsens, mający niestety swoje odzwierciedlenie przy okazji trzeciego i czwartego spotkania. Przy wyjściu do prezentacji kibice Polonii obrzucili jajkami swoją drużynę! Dla moich graczy ta sytuacja była sporym szokiem - nie mogli uwierzyć, że w tak ważnym momencie fani odwrócili się od nich. Zrobili przecież wiele dobrego podczas całego sezonu, zostawili tyle serca. Przegraliśmy trzeci mecz, w czwartym udało nam się odnieść wygraną, ale w Pruszkowie znów lepsza była Mazowszanka i to ona zdobyła tytuł. Zamiast cieszyć się po zdobyciu wicemistrzostwa Polski, w mieście zapanowała żałoba. Było to dla mnie niepojęte! Życzę, aby kiedykolwiek w Przemyślu powtórzony został taki sukces.
zy otrzymał Pan ofertę pozostania w Polonii na kolejny sezon?
Nie doszło do żadnych konkretnych rozmów z władzami klubu na ten temat. Działacze nie zrobili nic, aby mnie zatrzymać – dopiero po fakcie dowiedziałem się, że byli już wcześniej dogadani z Teodorem Mołłowem. Uważam, że gdybym trenował ten zespół w następnym sezonie i pozostaliby także wszyscy zawodnicy – a wyrażali taki zamiar - Polonia zdobyłaby tytuł. Nie chcę komentować tej sytuacji. Może być mi jedynie przykro, że tyle zrobiłem dla drużyny – pomogłem w awansie do ekstraklasy, gdzie następnie jako beniaminek zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski - i nie dano mi szansy, aby kontynuować pracę.
Jak ważne było dla Pana zdobycie wicemistrzostwa Polski w 1995 roku, biorąc pod uwagę inne osiągnięcia w bogatej karierze trenerskiej?
Cenię ten wynik bardzo wysoko. Awansowaliśmy do ekstraklasy, a gdy wiele osób wróżyło nam bardzo trudną walkę o utrzymanie, zdobyliśmy srebrny medal. Większym sukcesem były tylko dwa tytuły mistrzowskie zdobyte z Zagłębiem Sosnowiec – w 1985 i 1986 roku. Tamten zespół prowadziłem jednak przez 10 lat - od III ligi, a w Przemyślu w dużo krótszym okresie udało się zbudować drużynę, która była w ścisłej czołówce.
 
A jak ocenia Pan pracę z koszykarzami Polonii w sezonie 1999/2000 i uzyskany wynik?
Przez tych kilka lat wiele się w Przemyślu zmieniło. Na czele klubu znajdowali się już inni ludzie, a ja przejąłem zespół w dość trudnej sytuacji, gdy po bodajże dziesięciu kolejkach zajmował przedostatnie miejsce w tabeli. Przyznam, że popełniłem wtedy jeden błąd – po przetasowaniach w składzie mieliśmy trzech Chorwatów, którzy grali między sobą, nie zauważając partnerów. To nacja, która zawsze mocno trzyma się razem, w negatywnym znaczeniu. Mimo tego graliśmy coraz lepiej, odnosząc dużo zwycięstw i odbiliśmy się od dna. Pokonaliśmy na wyjeździe ekipy wyżej notowane od nas – coraz mocniejszego Trefla Sopot i Komfort Spójnię Stargard Szczeciński. W fazie play-out przegraliśmy serię z Azotami Unią Tarnów i mierzyliśmy się w bezpośrednich starciach o utrzymanie z drużyną ze Szczecina, która została znacznie wzmocniona w drugiej fazie rozgrywek. Niestety, nie mogłem dokończyć swojej pracy, gdyż po nieznacznej porażce u siebie w pierwszym meczu zostałem zwolniony – nazajutrz zespół prowadzili Mariusz Zamirski i Paweł Trojnar. Zawodnicy byli zaskoczeni tą sytuacją, co wpłynęło negatywnie na ich postawę. Skutkiem były porażki w dwóch kolejnych spotkaniach i spadek z ekstraklasy. Jestem pewny, że gdyby umożliwiono mi prowadzenie Polonii do końca, nie doszłoby do tego.
Czy utrzymuje Pan jeszcze kontakt z osobami pracującymi w przemyskim klubie, w czasach gdy był Pan tam trenerem?
Jak najbardziej. Osiągnęliśmy bezprecedensowy sukces w dziejach tego klubu i mimo pewnych przykrych sytuacji, staram się pamiętać to, co było dobre. Pozostaję w dobrych relacjach choćby z Mariuszem Zamirskim, Stanisławem Gembarzewskim, Józefem Lewickim, a także Zbigniewem Błażkowskim - nieraz spotykamy się, przyjeżdżam do Przemyśla na różne imprezy. Przez te wszystkie lata interesowałem się również, co dzieje się w przemyskiej koszykówce i życzyłem jak najlepszych wyników, nie wtrącając się rzecz jasna w sprawy szkoleniowe czy organizacyjne. Wielka szkoda, że w chwili obecnej Polonia nie ma drużyny nawet na poziomie III ligi.
Ostatnia kwestia - jak porównałby Pan tę koszykówkę z lat 90-tych minionego stulecia do tego, co dzieje się w baskecie aktualnie?
Gra stała się bardziej siłowa, lepsze jest przygotowanie motoryczne. Obecnie są wyższe budżety klubów, występuje dużo więcej zawodników amerykańskich, których poziom ogólnie jest lepszy niż wówczas. W tym sezonie w ekstraklasie gra o cztery zespoły więcej niż wcześniej, lecz nie idzie to w parze z jakością polskich koszykarzy. Właśnie dlatego uważam, że mimo tych dobrych zawodników zagranicznych, poziom rozgrywek jest teraz niższy. Kiedy 20 lat temu prowadziłem Polonię, rodzimi gracze odgrywali bardzo istotne role. W tej chwili nie potrafią się przebić – oprócz Turowa Zgorzelec i w pewnym stopniu Stelmetu Zielona Góra, o obliczu drużyn decydują wyłącznie obcokrajowcy. Poza tym niepokojącym zjawiskiem jest faworyzowanie przeciętnych trenerów zagranicznych kosztem polskich. Uważam, że te tendencje niestety szkodzą polskiej koszykówce.

Rozmawiał: Paweł Mirski

Tekst pierwotnie opublikowany na blogu „Nowe Refleksje”
http://nowe-refleksje.blogspot.com/2015/03/tomasz-suzaek-atmosfera-w-przemyslu-bya.html

fotografia ze zbiorów Pawła Polańskiego


Parada równości w Przemyślu

Kiedy w trakcie ostatniej kampanii wyborczej, na jednej z debat padło pytanie dotyczące możliwości zorganizowania w Przemyślu parady równości, niemal wszyscy kandydaci, jak jeden mąż zakrzyknęli, że ich akceptacji nie będzie. Jak się jednak okazuje, przemyski Urząd Miasta udzielił zgodę na zorganizowanie przemarszu parady przez ulice Przemyśla. Jak się dowiedzieliśmy w magistracie, nie było podstaw prawnych do zablokowania tej inicjatywy.

Pomysłodawcą parady jest stowarzyszenie Ok2bGay. Aktywny udział weźmie w niej jednak większość organizacji związanych z ruchem LGBT w Polsce.  Planowany termin marszu to 1 maja. Jak tłumaczy Hugon Kwiecień, honorowy ambasador przedsięwzięcia, organizatorzy chcieliby, aby jak najwięcej przemyślan mogło przybyć na paradę i przekonać się, że oprócz jej pozytywnego przesłania, jest to także przednia zabawa. Ten rok nie obfituje specjalnie w  długie weekendy, a termin majowy kojarzy się z świętem pracy, a więc tradycyjnie kojarzony jest z tradycją lewicową. - Dziś, kiedy postulaty socjalne są na sztandarach niemal wszystkich ugrupowań, współczesna lewicowość jest po stronie ludzi dyskryminowanych, także z powodów ich orientacji seksualnej. To właśnie chcemy pokazać mieszkańcom Przemyśla, miasta bezsprzecznie kojarzonego z konserwatyzmem i postawą zachowawczą, zamkniętą na świat. Chcemy przełamać ten wizerunek, jestem pewny, że przemyślanie tak na prawdę są inni- mówi Kwiecień. Lider ruchu LGBT ma także nadzieję, że dzięki paradzie, przemyscy geje wyjdą z ukrycia i będą otwarcie przyznawać się do swojej orientacji.

Parada ma się rozpocząć na przemyskim Rynku o godzinie 12.00 i przejść ulicami: Kazimierzowską, Jagiellońską, Kościuszki po czym powrócić na Rynek. Ruch samochodowy zostanie na czas przejścia pochodu wstrzymany, policja zorganizuje objazdy. Przez cały dzień, na ulicach  miasta będą stały kolorowe stoiska, gdzie będzie można spotkać się z przedstawicielami organizacji LGBT, ekologicznych i lewicowych. Jak się dowiedzieliśmy do Przemyśla może przyjechać nawet kilka tysięcy aktywistów.

Na pytanie, czy organizator nie boi się zakłócenia przebiegu parady przez kibiców i grupy związane z ruchem narodowym i konserwatywnym, Hugon Kwiecień z Ok2bGay odpowiada - Liczymy na tolerancyjność mieszkańców Przemyśla, na paradzie przekonają się, że gej i lesbijka to tacy sami ludzie. Mają więcej otwartości, co pewnie jest widoczne w czasami dość śmiałych strojach, ale także wielką radością życia. Chcielibyśmy, aby tą radością podzielić się także z Przemyślem.

Fot. Kolaż (zdjęcie własne oraz wikimedia commons)


Absurd po przemysku. Jedziesz z "Kartą 3+" umożliwiającą bezpłatną podróż autobusem? I tak możesz dostać mandat.

Rodziny korzystające z "Przemyskiej Karty Rodziny Wielodzietnej 3+" mogą podczas weekendów jeździć za darmo autobusami MZK. Biurokratyczny nonsens powoduje, że uprawnienie to staje się dla wielu tylko teoretyczne. Aby skorzystać z tego przywileju, mimo posiadanej karty, należy się wcześniej zaopatrzyć w specjalny darmowy bilet, dostępny tylko w punkcie MZK na ul. Jagiellońskiej. W razie jego braku czeka nas mandat.

Przemyślanka korzystająca z "Karty 3 +" podczas weekendu postanowiła wraz z dzieckiem skorzystać z przysługującego jej darmowego przejazdu autobusem MZK. Ku jej zaskoczeniu, podczas kontroli okazało się, że okazanie samej "Karty Rodziny Wielodzietnej" nie wystarczy, potrzebny jest również specjalny darmowy bilet, za którego brak została ukarana mandatem. Kobieta poczuła się pokrzywdzona, zamiast kary pieniężnej jej zdaniem powinna otrzymać upomnienie zobowiązujące do dostarczenie tego biletu. Ponieważ jechała ona z dzieckiem poniżej 4 roku życia więc dostała mandat dotyczący tylko jednej osoby, ale gdyby taka kontrola dotyczyła rodziny kilkuosobowej na pewno miałaby ona problem z uiszczeniem nałożonej należności.

Zastanawiając się czy wymagany bilet, to nie kolejny krok w stronę niepotrzebnej biurokracji poprosiłam o opinię Urząd Miasta w Przemyślu.  - Sama legitymacja nie uprawnia do darmowych przejazdów. Miasto refunduje zniżki w ramach "Karty Rodziny 3+". A jak inaczej kontrolować ile takich ulg zostało udzielonych? Tylko na podstawie liczby wydanych biletów jesteśmy wstanie, to zrobić - tłumaczy rzecznik UM Witold Wołczyk. Bilet jest więc potrzebny do rozliczenia się Urzędu Miasta i MZK.

W samym zakładzie dowiedziałam się, że o konieczności posiadania biletów upoważniających do korzystania z tej ulgi, rodziny są powiadamiane w Miejskim Ośrodku Społecznym, który wydaje "Karty 3+". Jednak same bilety można uzyskać tylko w jednym miejscu w mieście, w budce MZK przy ulicy Jagiellońskiej, która jest nieczynna podczas weekendów. Bilety można pobrać w większej ilości. Aby je otrzymać należy przedstawić "Kartę 3+" oraz dowód osobisty. W ten sposób MZK kontroluje, do kogo one trafią. Dlatego też nie mogą one być dostępne w każdym kiosku, brakowałoby podstaw do ich wydania.

Darmowe weekendowe przejazdy dla rodzin wielodzietnych powinny stanowić udogodnienie. Tak jednak nie jest. Aby podróżować po Przemyślu autobusem w weekend, należy już w ciągu tygodnia pomyśleć o tym i udać się na ul. Jagiellońską aby nabyć dodatkowe bilety. W mieście jak Przemyśl, w którym trasę z Kazanowa na Bakończyce, można pokonać spacerem w niecałą godzinę, traci to po prostu sens.

UM zasłania się koniecznością rozliczania dofinansowania, jednak czy ten sposób faktycznie pozwala na to ? Rodzina może pobrać dowolną ilość biletów, ale nikt nie ma pewności, ile z nich przecież wykorzysta.

Anna Fortuna


Bohaterowie, którzy uratowali tonącego, spotkali się z prezydentem Przemyśla

W poprzednim tygodniu opisywaliśmy historię, dwóch młodych mężczyzn, którzy sami nie umiejąc pływać, uratowali tonącego w Sanie mężczyznę. Dziś zostali zaproszeni do Urzędu Miasta na spotkanie z prezydentem Robertem Chomą.

Jan Cynk i Tomasz Baron otrzymali od włodarza miasta oficjalne podziękowania, do których dołączył się zastępca Komendanta Miejskiego Policji. Na ręce bohaterów, zostały złożone listy gratulacyjne. Prezydent odniósł się do umiejętności pływackich mężczyzn, proponując im bezpłatny kurs nauki pływania.

Prezydent Robert Choma podkreślał wagę tego zdarzenia - Uważam, że takie postawy trzeba nagłaśniać i nagradzać, ponieważ są dobrym przykładem dla innych osób, które czasami w zwykłych, ludzkich sytuacjach nie potrafią wyjść poza ramy codziennej obojętności. (...) Cieszę się, że w pobliżu znalazło się dwóch młodych ludzi, którzy nie zawahali się zadziałać tak, jak po prostu należy i jak powinien zareagować każdy.

fot. www.przemysl.pl


Pierwsze kolizje z udziałem rowerzystów. Policja prosi o ostrożność

Policja wzywa kierowców i rowerzystów do szczególnej uwagi. Pierwsze ciepłe dnie spowodowały, że na ulicach Przemyśla i powiatu przemyskiego pojawiło się już sporo rowerów. Jednak wraz z nimi zanotowano już pierwsze zdarzenia drogowe

W jeden tylko dzień czyli ostatni czwartek doszło do dwóch zdarzeń drogowych. Rankiem na ulicy Glazera 64 letni rowerzysta nie zachował ostrożności i wjechał w tył jadącego fiata. Na szczęście, przybyli na miejsce ratownicy nie stwierdzili obrażeń u kierowcy roweru.

Do drugiej kolizji doszło wieczorem w Przedmieściu Dubieckim. Kobieta kierująca osobowego Nissana, w trakcie włączania się do ruchu, potrąciła rowerzystkę, która po zderzeniu została na krótko przewieziona do szpitala w Przemyślu.


Dachowanie Citroena niedaleko Birczy

W poniedziałek 23 marca w miejscowości Kotów w powiecie przemyskim (gm. Bircza, ok 35 km od Przemyśla) doszło do kolizji drogowej. Jadący samochodem Citroen 58 letni kierowca, chcąc ominąć zwierzę, które nagle wtargnęło na jezdnię, zjechał z drogi, po czym dachował w rowie.

Do wypadku doszło na łuku drogi prowadzącej z Kotowa do Birczy. Kierowca jak i pasażer auta mieszkańcy powiatu przemyskiego w wyniku kolizji zostali przewiezieni do szpitala w celach diagnostycznych. Badania nie wykazały jednak poważnych obrażeń. Kierowca był trzeźwy.


Haszysz o wartości niemalże miliona złotych przechwycony przez pograniczników w Korczowej

Funkcjonariusze Straży Granicznej oraz Służby Celnej, udaremnili przewóz 30 kilogramów Haszyszu. Narkotyk, otrzymywany z żywicy z konopi indyjskich, próbował wywieźć na Ukrainę 48 letni obywatel Portugalii.

22 marca na przejście graniczne w Korczowej podjechał zarejestrowany we Francji samochód marki Renault. Kierujący nim Portugalczyk udawał się na Ukrainę. Podczas kontroli rentgenowskim urządzeniem RAPISCAN, uwagę pograniczników zwróciły nietypowe przegrody w komorze silnika. Użyty do kontroli pies, także potwierdził podejrzany ładunek ukryty w samochodzie.

Po dostaniu się do skrytek, pogranicznicy odkryli ładunek 30 kilogramów sprasowanego haszyszu o wartości rynkowej 900 tys. złotych. Przewożący ładunek obywatel Portugalii został zatrzymany. Grozi mu teraz od 3 do 15 lat więzienia.

W ostatnich miesiącach jest to kolejny, odkryty przez Straż Graniczną i Służbę Celną ładunek narkotyków. W październiku ubiegłego roku, odkryto 54 kilogramy haszyszu o wartości 1,6 miliona złotych. W tym wypadku przemytnikiem również okazał się Portugalczyk.


Już jutro Czuwaj podejmuje MTS Chrzanów. Cały Przemyśl na mecz!

Mimo swojej niestabilnej formy Czuwaj wciąż regularnie punktuje. W rozegranym przed dwoma tygodniami spotkaniu Nasi Harcerze pokonali na własnym parkiecie drużynę KSZO Ostrowiec Świętokrzyski w stosunku 34:32 (16:15), a piękną bramką z rzutu wolnego, już po gwizdku arbitra kończącym pierwszą połowę, zdobył nasz obrotowy – niezastąpiony Maciej Kubisztal. Harcerze do spotkania przystąpili już w kompletnym składem, wraz z młodymi juniorami sprowadzonymi z Vive oraz wracającym po kontuzji Piotrkiem Żakiem.

W tą sobotę 21.03.2015 r. o godzinie 18:00 w hali przy ulicy Mickiewicza podejmiemy u siebie drużynę MTS Chrzanów. Będzie to bez wątpienia ciężki bój. Popularni cabanie mają bowiem na swoim koncie 13 oczek i zajmują obecnie pozycję barażową o utrzymanie się w I lidze. Do ostatniej bezpiecznej pozycji, którą zajmuje niespodziewanie Viret Zawiercie tracą 2 oczka, zaś ich przewaga nad grupą spadkową to tylko 3 punkty. Oznacza to że MTS zostawi wszystkie argumenty jakie ma na boisku i za wszelką cenę spróbuje pokonać naszych szczypiornistów. Liczymy jednak, że im się to nie uda! Harcerze pewną piątą lokatę, która jest dobrym punktem wyjścia przed ostatnimi spotkaniami w tym sezonie w walce o czwarte miejsce.

Ale czym jest gra bez wsparcia! Nasi szczypiorniści narzekają na niską frekwencje w naszej hali i czekają na głośny a przede wszystkim liczny doping ze strony kibiców. WSZYSCY NA HALĘ!

Zarezerwujcie czas i wpadajcie o godzinie 18:00 już w tą sobotę na Mickiewicza! Harcerze z pewnością pokażą charakter, a my jako przemyślanie pokażmy, że również jesteśmy na I-ligowym poziomie jeśli chodzi o doping! Serdecznie zapraszamy!