Hełmy i kamizelki dla ukraińskiej armii. Jak w Medyce mrówki pomagają ratować życie

3 lipca 2014

Trwający od pół roku kryzys polityczny na Ukrainie, który przerodził się na wschodzie kraju w regularną wojnę domową, w bezlitosny sposób ujawnił niedostatki ukraińskiej armii. Formacja ta przez ponad dwadzieścia lat trwała w głębokim niedofinansowaniu i jeszcze na początku tego roku, nawet wizualnie wyglądała jak skansen poprzedniej epoki. Pamiętamy słynne telewizyjne migawki pokazujące kolumnę archaicznie umundurowanych ukraińskich żołnierzy nie chcących poddać bazy lotniczej na Krymie, kiedy w raz z rozwojem wydarzeń nagle zobaczyliśmy, że w Donbasie po stronie ukraińskiej walczy już zupełnie inne wojsko. Wojsko, które przypomniało sobie do czego służy karabin lecz także współcześnie ubrane w kevlarowe hełmy i kamizelki kuloodporne. W jaki sposób przeszło ono tak nagłą metamorfozę? A najważniejsze skąd wzięło się to teraźniejsze umundurowanie? Odpowiedź? Stąd, z podprzemyskiej Medyki. Przenoszą je pojedynczo dzielni mieszkańcy Lwowa, Drohobycza, Mościsk.

Informacje o mrówkach przenoszących hełmy i kamizelki pojawiają się w polskich mediach już niemal od miesiąca. My postanowiliśmy sprawdzić jak wygląda taki proceder z bliska i dlaczego zwykli ukraińscy obywatele muszą niemal szmuglować przez granicę tylko po jednym komplecie ochronnego umundurowania .

W środowy wieczór dostaliśmy wiadomość, że właśnie do Medyki przyjechała kolejna grupa wolontariuszy. Udałem, więc w okolice przejścia z aparatem i zawieszoną na szyi legitymacją prasową. Wiedziałem, że ochotnicy są nieufni, nie bardzo rozumią polskie przepisy, dlatego nie są pewni legalności całej akcji i  z tego powodu niekoniecznie będą chcieli rozmawiać.

Z punktu widzenia unijnych i polskich przepisów hełmy i kamizelki kuloodporne to uzbrojenie, którego przewóz przez zewnętrzne granice UE wymaga zezwolenia ministra gospodarki. W przeciwieństwie, jednak do broni aktywnej, każdy może sobie przewieść lub przenieść na Ukrainę po jednej komplecie jako osobistą ochronę. Dlatego, kiedy polscy pogranicznicy na początku czerwca zatrzymali i nie przepuścili kilku samochodów załadowanych umundurowaniem, Ukraińcy wzięli się na sposób i zorganizowali woluntariuszy, którzy w workach bądź bezpośrednio na sobie, pojedynczo przenoszą hełmy i kamizelki

Kiedy wysiadłem z auta w pobliżu bazaru dochodziła godzina dwudziesta druga. Pomimo tak późnej pory ta część Medyki tętni życiem. Niemal wszystkie sklepy są otwarte, a ludzie nieustannie coś kupują, coś przenoszą. Pod tym względem Medyka może nieco przypominać śródziemnomorskie kurorty.

Pierwszą grupkę dostrzegłem zaraz przy wyjściu z bazaru. Akurat kończyła się kontrola ich bagażu przez Służbę Celną. Lustracja szybka, bo ekwipunek skromny. Zielone parciane worki, w każdym jeden hełm, jedna kamizelka oraz płyty ochronne do niej. Towar to nietypowy, lecz całkowicie legalny, więc celnicy szybko i przyjaźnie kończą tu swoją pracę. Pomimo że przedstawiłem się i wyjaśniłem, że reprezentuję przemyski portal oraz gazetę, zgodnie z moimi oczekiwaniami, ludzie faktycznie wyrażali pewien niepokój i spory brak zaufania. Niby wiedzą, że nikt im tu krzywdy nie robi, towaru nie rekwiruje, mimo to wolą nie robić wokół siebie rozgłosu. Jednak jest ktoś, kto zebrał się na odwagę i zgodził się porozmawiać. To Andriej, lekarz ze Lwowa. Mówi, że on sam już sam jest za stary, aby iść się bić, ale chłopakom, którzy tam giną, to pomocy nie odmówi. – Ja mam we Lwowie masę pracy jako lekarz i czasu też nie za wiele, ale wiem co to jest rana postrzałowa i wiem, że dzięki temu co dziś tu robię, może jakiś nasz chłopak uniknie śmierci lub zranienia.
Mijają nas umundurowane dziewczyny, które  machają nam przyjaźnie. Pomyślałem, że skoro mam tak udany początek, pójdę na bazar, skąd Ukraińcy wynoszą wojskowe ekwipunki.

W tylnej części targowiska stoi grupa młodych mężczyzn rozmawiających cicho po ukraińsku i dość nerwowo się zachowują. Widok uzbrojonej w aparat postaci spowodował, że grupka zbiła się w jeszcze bardziej ciasny krąg. Tu już nie było widać tak przyjaznej jak przed bazarem atmosfery. Widząc niechęć, czekających na coś ludzi, postanowiłem przynajmniej z daleka zrobić zdjęcie. To nie był dobry pomysł. Z grupy w moim kierunku wyskoczył najwyższy z mężczyzn. Grzecznie, lecz w widocznym napięciem zaczął przepytywać. Skąd jestem, kogo reprezentuję, dlaczego im robię zdjęcia? Ma człowiek rację, nie pytałem czy mogę. Przedstawiam się i emocje lekko tonują się. Dowiaduję się od niego, że tu jest tak nerwowo, gdyż czekają na busa, który przywiezie im kolejną partię ekwipunku do przetransportowania przez granicę. I boją się, że większa ilość, bądź co bądź, wojskowego wyposażenia wzbudzi niepotrzebne zainteresowanie polskich służb. Wszędzie widzą tajniaków i nawet do mnie nie są ostatecznie przekonani, nawet pomimo że wręczyłem im egzemplarz naszej ukraińsko języcznej gazety Vorota. Kiedy, w końcu do jednego bazarowych zaułków zajeżdża dostawczy samochód, ochotnicy grzecznie, lecz stanowczo proszą, abym nie szedł tam z nimi.

Z rozmów z polskimi pogranicznikami później dowiedziałem się, że Ukraińcy są trochę przewrażliwieni i ostrożni aż do granic absurdu. Dopóki samochód z umundurowaniem znajduje się na terenie Polski, wszystko jest legalne i nie ma powodów do jakiejkolwiek interwencji. Gdyby polskie służby miały podstawy, mogłyby zatrzymać każdy transport budzący wątpliwości. Przekonanie Ukraińców, że odbiór worków w skrytości medyckiego bazaru, chroni ich przed okiem polskich władz jest dość naiwne.

Z bazaru udałem się, więc po terminal pieszy z myślą, że uda mi się tam z kimś porozmawiać. Pierwszą grupą okazali się być moi „znajomi” Ukraińcy z targowego placu. Jak się czytelniku domyślasz, nie mieli już ochoty na konwersację. Dużo rozmowniejsi okazują się być wolontariusze z kolejnych grup. Całkiem bez skrępowania opowiadają, że kamizelki i hełmy kupowane są głównie w Niemczech i Hiszpanii, choć polski sprzęt też zdąża się nosić. Dziennie przenoszą do kilkuset kompletów. Potwierdzają, że punkty, gdzie odbierają umundurowanie to miejsca wrażliwe i mogą pojawić się nerwy, gdyby chcieć do nich dotrzeć. Polakom są strasznie wdzięczni za wsparcie, za życzliwość. Z dużo większą rezerwą podchodzą do Niemców i Francuzów. Czują, że rządy tych państw po cihu sprzyjają Rosjanom. Jednak polskich służb starają się unikać.Pamiętają, że kiedy trwał Majdan wozili umundurowanie busami, wszystko stanęło kiedy Putin wszedł na Krym. – Wiemy, że to Moskal jest odpowiedzialny, że teraz musimy to nosić pojedynczo, ale dobrze że i tak wasi nam na to pozwalają.  – mówią. Zachęcony otwartością adwersarzy, wchodzę szerzej na tematy  polityczne. Pytam, jak oceniają Poroszenkę jako nowego prezydenta, czy nie boją się, że ostatecznie za namową Niemiec zdecyduje się przehandlować Donieck za spokój. W odpowiedzi słyszę – On jest tylko politykiem. A nad nim jest naród. Jak się sprzeniewierzy woli narodu, to go naród sprzątnie. Ot tak, wziiuu… – tu mój rozmówca wykonuje adekwatny gest ręką – jak poprzednio Janukowycza, czy w dawnych czasach zdradliwych hetmanów.

Kiedy wracałem do Przemyśla przemknęło mi przez głowę że na naszych oczach z masy homo sovieticus tworzy się dumny i charakterny naród. Szkoda, że my nie mamy już w sobie tej iskry.

Piotr Gdula